O książkach gadanie

Ten blog nie będzię już aktualizowany. Nowsze wpisy możecie znaleźć na blogu "wielokropek" http://wielokropek.blogspot.com/

niedziela, 8 sierpnia 2010

"Past Imperfect" Julian Fellowes

Jeśli lubisz memoiry, spojrzenie w przeszłość, wielowarstwową historię z połowy zeszłego stulecia (czyt: szalone lata 60-te), to jest to książka dla ciebie. Ja lubię takie właśnie historie i bardzo się cieszę, że na powieść Juliana Fellowes'a trafiłam. Jednak zanim przejdę dalej, najpierw kilka słów o autorze i dlaczego mnie  ta książka zainteresowała.

Jak zwykle "kochani" bibliotekarze wyłożyli ciekawe utwory, a ja dałam się złapać i zajrzałam na tzw. listek, gdzie znalazłam: Julian Fellowes jest znanym z wielu ról(?!) aktorem zarówno telewizyjnym, jak i filmowym, a także pisarzem, scenarzystą i reżyserem. Ta informacja zupełnie nie współgra ze zdjęciem statecznego jegomościa na okładce, ale cóż... don't judge the book by the cover... Dalej okazało się, że jest też autorem scenariusza do jednego z moich ulubionych filmów Gosford Park, oraz kilku innych znanych tytułów. No i już książki nie odłożyłam.

Akcja książki zaczyna się ciekawym stwierdzeniem narratora i głównego bohatera: "Zawsze miło jest spotkać się z dawno niewidzianym przyjacielem, ale w moim wieku, ciekawsze jest spotkanie ze swoim dawnym wrogiem. W przeciwieństwie do przyjaciela wróg może powiedzieć ci rzeczy o swojej własnej przeszłości, których jeszcze nie wiesz." To zdanie wprowadza czytelnika po pierwsze w świat ludzi w średnim wieku spoglądających w przeszłość, po drugie w historię dwóch byłych przyjaciół podzielonych na wiele lat jakimś ważnym wydarzeniem, a po trzecie mówi o tym jak ważne jest poznawać siebie i obserwowac świat wokół nas. Prawdę powiedziawszy jest to zdanie zawierające większość treści całej książki. A teraz o każdej z warst tej powieści.


Główny wątek to spotkanie dwóch panów w średnim wieku będących niegdyś przyjaciółmi - narrator i główny bohater oraz Damian Baxter (D.B) -  w celu odszukania potomka tego drugiego. Smaczkiem w Historri jest fakt, że dawny outsider, D.B., próbujący dostac się na ówczesne salony, jest obecnie  multimilionerem, czyli tym na szczycie, potrzebującyck pomocu of kogoś kogo kiedyś wykorzystał Damiana Baxtera bedącego na łożu śmierci multimilionera, który zleca to zadanie komuś kogo niegdyś wykorzystał, główny bohater. Zadanie jest na tyle delikatne, że nie może zostac zlecone komuś nieznajomemu. Główny bohater musi odbyc pielgrzymkę do czasów ich młodości i spotkac się z sześcioma kobietami, które mogą byc autorką anonimowego listu sprzed lat z informacją o ojcostwie. Każda z nich ma jakoś ułożone życie, więc chodzi o to by delikatnie wybadac sytuację, a więc dawny znajomy, a obecnie ceniony pisarz, nadaje się do tego najlepiej. Poznajemy ludzi z tzw. klasy wyższej z ich różnorodnymi historiami rodzinnymi i opiniami na temat ówczesnych oraz obecnych czasów, by w końcu odnaleziony został dziedzic wielkiego majątku.

Dwutorowa akcja rozgrywa się w ciągu kilku miesięcy współcześnie oraz w drugiej połowie lat 60-tych w czasie jednego sezonu (kto teraz wie co to jest sezon?!) i jednego letniego weekendu w dwa lata później. Umiejscowienie wątków w tak "odległych" czasach pozwala na wprowadzenie warstwy społeczno-ekonomicznej w całej historii. Główny boahter opowiada o różnicach tych dwóch epok (chyba nie da się ich inaczej nazwac) dodając komentarze o pozytywnych i negatywnych elementach ich obu.


Autor przedstawia opisy bali, zabaw, ale i stosunków społecznych, stosunków pomiędzy ludźmi, form zachowania, konwenansów, a przede wszystkim pokazuje zmianę roli środowiska i rodziców jako tych sterujących życiem wchodzących w dorosłość dzieci. Współczesnośc opisuje jako czas możliwości dorobienia się znacznie szybciej w nowych dziedzinach, a w sferze społecznej, jako czas zatarcia się granic pomiędzy tymi z pieniędzmi i tymi z arystokracji, choć ci ostatni ciągle utrzymują pozory bycia na szczycie hierarchii.


Przykładowe tematy, które porusza to:
- rozdwojenia lat 60-tych i porównuje je do czasu boga Janusa patrzącego w dwie strony: lat 50-tych z tradycjami, z zachowaniem form i zasad, i lat 70-tych przeciwstawnych, tzw. "deconstruction culture";
- zatarcia się współcześnie granicy w definicji "znajomy" i "przyjaciel" w porównaniu z dawnymi czasami
I didn't know Serena at all then, not as I would later, but we'd met. This is a distinction lost on the modern world, where people who have shaken hands and nodded a greeting will tell you they 'know' each other. Sometimes they will go further and assert, without any more to go on, that so-and-so is "a friend of mine". If it should suit the other party they will endorse this fiction, and, in that endorsement, sort of make it true.
- fenomen celebrytów
The current fame mania is often mistakenly described as the cult of celebtrity, but this at least is not new (...) What genuinely new is the cult of non-celebrity, the celebration as if they were famous, men and women who are perfectly ordinary.
- pozycja kobiet w ówczesnym świecie i brak alternatywnych dróg życiowych nich, czyli skazywanie kobiet na bycie tylko żoną i matką
I think, I pray, to come from the last generation of the priveledged to pay no attention to the education of their daughters. Even in 1968 there were women's college at Cambridge and Oxford, but they were as a rule filled with the daughters or burgeois intelligencia. Posh girls were an oddity and indeed almost the only one I can remember from my own year left after one term to mary a man with a castle in Kent. There were exceptions, but they generally came from famillies, who were known to cherish an eccentric tradition of educating their women. 
- generalny brak akceptacji dla wolności wyboru drogi życiowej i kariery zawodowej wśród lepiej urodzonych nawet bez narażania się na docinki i uśmieszki o "biednym artyście". Popierane były jedynie wybory bezpieczne, a ludzie który odważyli się wyjść poza schematy i do tego odnieśli sukcesm, nie byli po prostu akceptowani
- przywiązywania wielkiej wagi do form i przytacza historię młodej arystokratki, która chciała wejśc na wyścigi konne w Ascot w spodniach i dopiero gdy zmieniła ubranie została wpuszczona
- krytyka arystokracji jako trzymających władzę dzięki pozorom
- otwarcie na nową krew kasty arystokratów co równało się z utratą władzy
White tie belonged to the ancient bargain between the aristocrats and those less fortunate that they would spend much of their day in discomfort in order to promote a convincing and reassuring image of power. After all, splendor and glamour had been inextricably linked to power for centuries (…) Before the first world war, among upper classes, five or six changes a day (…) were de rigueur at any house party and three at least were necessary for a day in London. They observed these tiresome rituals of dress for a simple reason that they know once they stopped looking like a ruling class they would soon cease to be a ruling class (…) Appearance is all.

It was perhaps the last era when aristocracy had the power to admit the new rich, or to refuse them entry. Later (...) the recent rich had far more muscle to push in whether the old world wanted them or not.
- szczególne podejście arystokracji do współczesnych czasów
They belong to today and tomorrow far more than to yesterday. They have brains and vaines as tough as any hedge fund manager's. But then again, they would argue that they are only being true to their own race, truer than the defeatists, because the primal job of any aristocrat it to stay on top. Bourbon or Bonaparte, king or president, the real aristocrat understands who is in power and whoi should be bowed to next.
- zdewaluowanie wizerunku arystokracji
Nobody could believe more firmly than I in the miracle of constitutional monarchy, but the years of constant exposure in every branch of the media has inevitably resulted in a certain devaluation of Royal Blood, as the public come to realise that for the most part these men and women, often pleasan, sometimes intelligent, occasionally physically atractive, are not more remarkable than any other perso one might stand behind at the grocer's or the bank.
- nowych bogaczy, którzy nie maja nawyku dbania o biedniejszych
- brak kontroli obecnych liderów nad zachowaniami antyspołecznymi zamiast zajmowania się prywatnymi zachowaniami.
Opisuje także rzeczy czy odczucia bliskie chyba wielu. Są to obserwacje mimochodem wrzucone w tekst.
- Spotykania po wielu latach, nawet te wyczekiwane, rozczarowują gdy okazuje sie iż człowiek niegdyś bliski, z którym miało się tyle wspólnych tematów, jest odległy i tak naprawdę niewiele nas już łączy.
- Ci aspirujący do innej klasy często stają się "bezpaństwowcami". We repelled you from our world and spoiled you for your own.
- Ludzie, a przede wszystkim mężczyźni, odważni na tyle by po prostu sięgac po to czego chcą, są znacznie atrakcyjniejsi dla płci przeciwnej niż ci, którzy grzecznie czekają na swoja kolej i marzą a tym dniu.
- Patrzącym z zewnątrz jest zawsze trudno określic różnice w statusie i posiadaniu tych będących wewnątrz grupy, której się zazdrości, która jest uprzywilejowana. Jednak te różnice istnieją bez względu na to w jakiej wieży z kości słoniowej jesteś.

Jako Anglik pracujący od czasu do czasu w Stanach i to zarówno na Wschodnim, jak i na Zachodnim Wybrzeżu, odnosi się także do relacji oraz stereotypów na linii Brytyjczycy - Amerykanie:
- wytyka Brytyjczykom mrzonki o wspaniałej bezklasowości społeczeństwa amerykańskiego
There is fantasy one often hears voiced in England that America is classless, which, as any traveller will know, is arrant non-sense and never more so than in the provincial towns, whose social attangements can be impressively resistant to the ambitious newcomers.
- opisuje pesymizm Brytyjczyków kontrastujący z optymistycznym nastawieniem Amerykanów połączonym dodatkowo z ciągłym parciem w górę po drabinie społecznej i ekonomicznej
It's a resolutly upbeat place and after long unbroken stretch of British pessimism, it feels good sometimes to look on the sunny side of life. I know the natives take this to extremes. But still, there is something about the up. Up, Up!ness of it all that is a tonic to a sad spirits and I;m always pleased to be there.
- przedstawia różnicę w wartościowaniu czyjegoś statusu, który w Stanch, a szczególnie w Los Angeles, oparty jest na sukcesie zawodowym i właściwie na niczym innym, czyli " jesteś tak dobry jak twój ostatni film"
L.A is a town where status is all and status is only given to success. (...) the town is, perhaps even creditably, committed to recognizing only professional success, and nothing else, to be of lasting value. The burdensome obligation imposed on all its inhanitants is therefore to present themselve as successes, because otherwise they forfeit their right to restect in that environment. (...) there is no place in that town for the "interesting feilure", or for anyone who is not determined on a life that will be shaped in an upward heading curve.

Mój wpis bardzo się wydłużuł ze względu na cytaty, ale postanowiłam je włączyc (niektóre tylko przetłumaczone) by pokazac elegnacki i dopracowany język, który coraz rzadziej można spotkac we wspólczesnych powieściach. Jest to też wspaniały sposób na scharakteryzowanie bohaterów i czasu ich młodości, kiedy forma była równie ważna, jak i treśc.

Jedyną słabością, którą mogę wytknąc, jest raczej powolny rozwój historii każdej z odwiedzanych pań-potencjalnych matek, która na początku nie razi, ale pod koniec zaczyna byc lekko mecząca.

Jest to książka niewątpliwie godna polecenia!

Etykiety:

poniedziałek, 26 lipca 2010

"Naga" Izabela Szolc

"Naga" to moje pierwsze spotkanie z twóczością Izabeli Szolca. Okładka od razu wskazuje, że to książka o kobietach, ale czy tylko...

Zebrane opowiadania są jak kobieta - niejednolite, a wręcz zestawione ze sobą dla kontrastu. Widoczne jest to nie tylko w bohaterkach, ale także w bardzo zróżnicowanym języku. Początkowo myślałam, że są to bardzo "nierówne" opowiadania - od bardzo rozedrganych, poprzez miękkie i spokojne, by znów zerwać czytelnika do galopu i rozhuśtać emocjami, których większość znamy z własnego doświadczenia. Rzadko stosowany zabieg, a więc gratulacje dla autorki za odwagę czy może za bycie kobieta...

Autorka zgrupowała duże spektrum kobiecych obrazów - zdradzona żona, kochanka lezbijki, córka w relacji z matką, kobieta w ciąży i stająca się matką, nagła wdowa, kobieta zgwałcona i powielająca historię rodzinną. kobieta bez instynktu macierzyńskiego, narkomanka, dziewczynka-matka dla swojego rodzeństwa, a w końcu kobieta zamknięta w ciele mężczyzny. Taką różnorodność obrazów tylko zbiór opowiadań mógł uchwycić, bo wszystkie one nie zmieściłyby się w jednej bohaterce innej formy literackiej. Podobało mi się przedstawienie tej możliwej różnorodności kobiety jako przeciwstawienie się etykietowaniu i wpychaniu w jedną formę nas wszystkie. Taki trochę krzyk "nie wsadzaj nas wszystkich do jednej szufladki".

Przyznam, że nie wszystkie opowiadania były dla mnie ciekawe. Za najbardziej udane uważam "Kochankę", "Wdowę", "Pępek" i "Transs" pewnie dlatego, że są znacznie mniej rozedrgane i lepiej dopracowane językowo, a przede wszystim introspektywne.

Na wewnętrznym listku okładki przeczytała listę utworów oraz informację o felietowancyh Izabeli Szulc w magazynie "Bluszcz". Widać  w tym zestawieniu zacięcie do literatury kobiecej, choć niewątpliwie tej z bardziej feministycznym nastawieniem niż kilka innych przedstawicielek literatury kobiecej.

Niewątpliwie jest to zbiór warty przeczytania zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn by po prostu poznać kobiety.

Polecam.

Etykiety:

sobota, 27 lutego 2010

"The Last Queen" C.W. Gortner

Kolejna książka o kobiecie, która u szczytu władzy miotana była wiatrami historii i polityką mężczyzn.

Joanna Kastilijska znana również jako Joanna Szalona lub Joanna Obłąkana to kobieta wyniesiona na tron z urodzenia. Zakochana w swojej ojczystej Hiszpanii i w swoim mężu, któremu zostaje oddana jako młoda dziewczyna. Rodzi mu kolejne dzieci zgodnie z obowiązkiem królowych, ale pomimo silnego podporządkowania nie kocha swojego męża, jak na samym początku małżeństwa. Zdradzana wielokrotnie fizycznie, emoconalnie i politycznie, cierpiała na depresję. Była ostatnią królową z hiszpańskiego rodu, która dała początek nowej linii Habsburgów.

Autor znalazł genialny życiorys i bohaterkę na książkę historyczną. Zmienne koleje losów w walce i utrzymanie tronu, wojny, zarazy, a w końcu szaleństwo osoby niezbyt silnej psychicznie bez żadnego oparcia, złożyły się na historię fascynującą i przerażającą jednocześnie. Gortner wykorzystał to co ułożyło życie, ale pomimo iż trudno sę oderwać od tej książki to jednak ma ona braki.

Przede wszystkim autor koncentruje się na samej historii i bardzo mocno okrawa osobowość bohaterki, choć historię opowiada jej ustami. Może to wynikać z małej ilości informacji z XV i XVI wieki, ale w końcu to powieść a nie biografia! NIe widać w książce drmatu zakochanej i zdradzanej kobiety odizolowanej od swoich ziomków. Do tego mało jest opisów miejsc co zadziwia, bo w ten sposób autor mógł dołożyć kolejną warstwę o ówczesnym życiu i różnicach w rozwoju cywilizacyjnym i ekonomicznycm pomiędzy północą i południem Europy.

Jednak pomimo tych braków, WARTO przeczytać tą książkę by więcej dowiedzieć się o tej kobiecie.

Etykiety:

poniedziałek, 22 lutego 2010

"Rewers" Andrzej Bart

Tą krótką książeczkę przeczytałam bardzo szybko. Nie podobała mi się zbytnio, bo po przednich książkach tego autora poprzeczka była bardzo wysoka. Jednak Bart zabezpieczył się podtytułem "nowela filmowa" i rzeczywiście jest to szkic napisany językiem scenariusza z rozwiniętymi didaskaliami, ale jednocześnie jest on pełen symboliki.

Fabułę pewnie znacie z filmu, ale i tak w dwóch zdaniach ją przytoczę. Sabina, główna bohaterka, jest młodą warszawianką mieszka z matką i babką w ocalałej kamienicy. Akcja rozgrywa się na dwóch poziomach w latach 50-tych i obecnie. Kiedy spotykamy Sabinę po raz pierwszy pracuje w wydawnictwie jako redaktorka od poezji, są te okropne lata 50-te. Ona i jej dyrektor staraja sie lawirować, bo przecież poezja współczesna to grząski i niebezpieczny teren, który pochłonie dyrektora. Dziewczyna przypadkowo a raczej nieprzypadkowo poznaje młodego mężczyznę, który obronił ją przed napaścią zbirów w ruinach, ale choć początkowo wydaje się księciem z bajki to okazuje się UB-ekiem. Wafekcie Sabina go zabija, a mama (przedwojenna aptekarka) rozpuszcza go w kwasie solnym. W tle przewija się babka, która niby nic nie wie, a wie wszystko. Jest także brak, który właściwie zapija się z żalu nad sobą, bo maluje socrealistyczne obrazki. W międzyczasie spotykamy Sabinę już jako staruszkę czkającą na przylot swojego syna ze Stanów, który tam mieszka i pracuje. W końcu ląduje i okazuje się, że przyjeżdża ze swoim partnerem i oglądają współczesną Warszawę.

Pomimo, że Bart przedstawia nam jedynie szkic, to jest on pełen symboliki, która może być różnie interpretowana. W czasie spotkania klubowego rozmawialiśmy o nich dość długo i doszliśmy do wniosku, że to jest znak rozpoznawczy Barta. A oto kilka z nich:
- pozbycie się szczątek UB-eka w wykopie Pałacu Kultury
- "lady Liberty" na rewersie złotej monety jako ostatni element utraconej wolności
- Polki jako te które są silniejsze od mężczyzn
- ciąża z UB-ekiem jako kara za zabicie
- zapalnie światełka na Wszystkich Świętych pomim, że go zamordowała i że był UB-ekiem
- zabranie przez UB dyrektora, jako strata tych porządnych

Ciekawym elementem w książce, bo nadającym ton postaciom, były zdjęcia z filmu z Anną Polony jako babcią, Krystyną Jandą jako matką i Agatą Buzek jako Sabiną. Wiem, że były nadzieje iż ten film będzie nominowany do tegorocznego Oskara w kategorii filmów zagranicznych, ale tam sobie myślę, że nie było to możliwe, bo za wiele tam odniesień historycznych czytelnych właściwie tylko dla Polaków.

Podsumowując, wrzuciłam tą książkę w kategorię rekomendowanych, choć nie jest to moim zdaniem najlepsza książka tego autora.

Etykiety:

środa, 10 lutego 2010

"Picture at a revolution" Mark Harris

O tej książce po raz pierwszy wspomniałam w moim poście sprzed jakiegoś czasu... czyli 21 paździenika 2009. Napisanie wspisu zajęło trochę, ale oto proszę poniżej jest wreszcie gotowy.

Przyciągająca oko okładka to połowa sukcesu książki! Tak właśnie stało się z „Picture at a revolution” Marka Harrisa. Zobaczyłam okładkę ze zdjęciem z filmu „Bonnie and Clyde”, czyli z Fay Danaway i Warren’em Beatty i sięgnęłam po nią natychmiast. Pierwszy akapit wprowadzenia dokładnie określał temat książki (warte odnotowania dla tych co wysyłają swoje dzieła do wydawców!), czyli branża filmowa w latach 60-tych... i już książki nie odłożyłam.

Nie wiem co jest w tych latach 60-tych, ale mnie one fascynują czy to w formie książek czy filmów dokumentalnych czy nawet seriali. Do tego jest jeszcze 40 rocznica Woodstock, więc dużo informacji o tym czasie w historii cywilizacji Zachodniej można napotkać wokoło,ale wróćmy do książki...

Harris nie zajął się całą dekadą, ale skoncentrował wokół 5 filmów nominowanych do Oscara w roku 1967. Były to „Bonnie i Clyde”, „Absolwent”, „Zgadnij, kto przyjdzie na obiad”, „W upalną noc” i „Dr. Dolittle”. Opisał w niej głównych graczy ówczesnego przemysłu filmowego, strukturę zależności między studiami, radami cenzorskimi, aktorami, operatorami, reżyserami oraz ich kariery, determinację w osiągniu celu, a także zachodzące zmiany ekonomiczne i społeczne tamtych czasów.

Zajął się tymi pięcioma filmami nominowanymi do Oscara w roku 1967 z kilku powodów:
- te filmy zaczęły powstawać na początku dekady kiedy zmiany się rozpoczęły i są ich odzwierciedleniem;
- zajmowały się kwestiami współczesnymi, a więc bliskimi odbiorcom co nigdy nie jest łatwe do przedstawienia;
- są znacznikiem zmian zależności oraz władzy w przemyśle filmowym, czyli każdy aktor może zmienić się w producenta, a mało przystojny aktor stać się gwiazdorem;
- nowe pokolenie aktorów, bardzo odmienne od poprzedniego, wchodziło do gry, tak jak i nowe pokolenie.
Po prostu są one dobrym odzwierciedleniem swoich czasów.

Książka choć jest najeżona faktami (ile znaczników wstawiłam w trakcie czytania można zobaczyć tutaj) , nie jest trudna do czytania, a wręcz przeciwnie. Przeplatające się wątki dotyczące różnych filmów dają poczucie różnorodności, ale i wizji całości tamtych czasów. Do tego język używany przez Harrisa dosadnie nakreśla sytuacje:

„... That winter, the question of who was going to win had taken on more urgency than usual. Not who was going to win the Oscars, which would shortly be decided by the usual blend of caprice and conviction, but who was going to win ownership of the whole enterprise of contemporary moviemaking. The Best Picture lineup was more than diverse; it was almost self-contradictory. Half of the nominees seemed to be sneering at the other half: The father-knows-best values of “Guess Who’s Coming to Dinner” were wittily trashed by “The Graduate”; the hands-joined-in-brotherhood hopes expressed by “In the Heat of the Night” had little in common with the middle finger of insurrection extended by “Bonnie and Clyde”.

“… What was an American film supposed to be? The men running the movie business used to have the answer; now, it has slipped just beyond their reach, and they couldn’t understand who they had lost sight of it. In the last year, the rule book seemed to have been tossed out. Warren Beatty, who looked like a movie star, had become a producer. Dustin Hoffman, who looked like a producer, had become a movie star. And Sidney Poitier, who looked like no other movie star had ever looked, had become the biggest box office attraction in an industry that still had no idea what to do with, or about , his popularity.”

Harris nakreśla ścieżki powstawania każdego z pięciu filmów, które stały się synonimem zmian w Hollywood, choć każdy z nich miał inny wpływ:

- „Bonnie i Clyde” było pierwszym filmem wyprodukowanym przez producenta spoza studia i używającego tylko ich finanowania, czyli przez Warrena Beatty. Przekroczył on linię aktor producent i odniósł sukces. Jest to także film wpisujący się w ówczesną atmosferę rebelii wobec starych wartości i ucieczki od przewidywalności.

- „Absolwent” był obrazem ambiwalentnym jak ówczesne czasy, mówiącym o kryzysie wartości pokolenia wojny w oczach ich dzieci, czyli „baby boomers”. Był to też film bez głośnego i filmowo przystojnego aktora, czyli takiego z którym utożsamiać się może większość młodego pokolenia. Film ten stał się także sukcesem kasowym.

- „Zgadnij kto przychodzi na obiad” to film o kotrowersji związków międzyrasowych. Zagrali tu po raz ostatni razem, Tracy i Hepburn. Sydney Poitier był wtedy już najlepiej zarabiającym czarnym aktorem, który nareszcie mógł być mężczyzną seksualnym a nie tylko dodatkiem. Film był jak na tamte czasy kontrowersyjny na tyle, że Ameryka nie mogła pozostać obojętna i ten film także odniósł sukces.

- „W upalną noc” to kolejny film o różnokolorowej Ameryce, gdzie nagle biały musi współpracować z czarnym i okazuje się, że nie tylko jest to możliwe, ale i potrzebne, by na sam koniec odkryć jak wiele mają wspólnego. Był to film gdzie po raz pierwszy pokazano scenę kiedy Czarny spoliczkowany przez Białego po prostu mu oddaje i policjant nic z tym nie robi, a były to lata 60-te. Film ten także odniósł sukces kasowy.

- „Dr. Dolittle” czyli jedyny film wyprodukowany w ramach starego systemu i według starego pomysłu, czyli dużo pieniędzy, dużo piosenek i bardzo długi film, ale niestety to już nie działało i film padł.

To co charakterystyczne dla każego z tych filmów to długa i wyczerpująca walka o powstanie każdego z nich. Zakręty w karierze ich realizatorów. Odwaga w przekraczaniu tzw. „nieprzekraczalnych” granic. Podejmowania się rzeczy, których nigdy wcześniej się nie robilo. I ciągła walka o dokończenie projektów. Znajdowanie rozwiązań problemów pojawiających się na każdym kroku. Dla dopełnienia obrazu Harris nie omieszkał także przedstawić zależności i podziału władzy w latach 60-tych, a ten podział trwał niezmiennie od 30-tu lat i coraz bardziej uwierał. Był to triumwirat pomiędzy studiami filmowymi z jednej strony, organizacjami religijnymi jak Narodowe Biuro Katolockie ds. Filmów czy Komitet Episkopanly ds. Filmów z drugiej strony oraz z trzeciej rad cenzorów, których standardy były zróżnicowane w zależności od miasta i stanu, choć i tak nad nimi pieczę sprawowała policja. Ten trumwirat powodował, że robienie filmów dotyczących współczennych problemów i społeczeństwa było akrobacją na linie.



Język Harrisa jest wartki, ale zawiera wystarczająco dużo szczegółów nieznanych dla osoby spoza przemysłu filmowego pomieszanych z analizą tła społecznego, by obraz był ciekawy a i zawarte w nim smaczki można było zrozumieć.

Jednym słowem jest to książka warta przeczytania i gorąco ją polecam!




Etykiety:

sobota, 6 lutego 2010

"The Deportees" Roddy Doyle

"The Deportees" Roddy Doyle to kolejna książka, która znalazłam na sławetnym już stole z książkami polecanymi przez bibliotekarzy. Na tylniej okładce znalazłam taka opinię (w luźnym tłumaczeniu) "Roddy Doyle zdobył oddanych fanów wśród tych doceniających jego podskórny/ukryty chumor, uważne ucho do dialogów i głeboko ludzki portret współczesnej Irlandii", więc co mogłam zrobić?! Wypożyczyłam i nie zawiodłam się!

Już w słowie wstępnym było coś ciekawego, uwodzącego. Pisze w nim, że zbiór tych opowiadań powstał na początku XXI wieku po napisaniu i wydaniu kilku powieści. Było to też tuż po przełomowych latach 90-tych kiedy tyle rzeczy zmieniało się w Irlandii: powstały nowe miejsca pracy; wchodzili do Unii Europejskiej; była energia w powietrzu i nie istniało pojęcie bezrobotnego, a ludzie mieli nagle znacznie więcej pieniędzy.

Ale jak one dokładnie powstały to historia sama w sobie. Opowiadania zaczął pisać w krótkich odcinkach po 800 słów dla miesięcznika (obecnie tygodnika) wielonarodowego Metro Eireann. Napisał dla nich 8 opowiadań, które powstały w podrozdziałach przekazywanych w miesięcznych odstępach czasu. Wysyłając je do redaktora nie miał pojęcia w którą stronę bohaterowie podążą, więc uznał to za świetną pisarską przygodę . Wszystkie mają tylko jeden element wspólny - jeden z bohaterów, rodowity Irlandczyk poznaje kogoś kto przyjechał to tego kraju by w nim żyć, pracować i zakorzenić się i tenże tubylec nagle musi skonfrontować się z obcym. Z tego właśnie powodu zaintrygowały mnie te opowiadania, bo Polacy mieszkający w Polsce są właśnie w takiej sytuacji.

Tak jak wspomniałam jest to zbór 8 opowiadań:
1. "Guess who is coming to dinner". Tytuł żywcem wzięty z filmu z lat 60-tych z Kathrine Hepburn i Spencerem Tracy. Nie jest to przypadkowe, bo temat opowiadania jest taki sam, czyli ojciec goszczący czarnego przyjaciela jednej z córek. Musi zastanowić się co ma powiedzieć, żeby nie wyjść na rasitę a na człowieka nowoczesnego. Musi uważać na to co i jak będzie mówił przy obiedzie. Bardzo zależy mu by dobrze wypaść, bo bardzo kocha swoje trzy córki, które wnoszą tyle życia w jego życie - "Larry Linnane uwielbiał mieć córki. Miał wielką z nich pociechę i wiele radochy." Gdy przyprowadzony zostaje na obiad przyjaciel, stara się bardzo by na sam koniec zostać zaskoczonym, że to nie chłopak jego córki tylko przyjaciel... i by spytać go o nazwę wody kolońskiej, bo jego paniom bardzo się podobała.
2. "The Deportees". Ten tytuł to nazwa zespołu złożonego  większości z immigrantów, których połączyła muzyka i pomimo tego, że pochodzą z Rumunii, USA, Afryki moga się porozumieć i razem pracować. Jest w tym opowiadaniu także element horroru, kiedy Irlandczyk zbierający tą grupę otrzymuje pogróżki przez telefon.
3. "New Boy".  Ta historia opowiedziana jest z punktu widzenia dziecka w nowej szkole, w nowym kraju. Niby nic, ale ... to co widział i przeżył zanim się tu znalazł jest kolejnym horrorem, którego na szczęście większość Europejczyków nigdy nie przeżyje.
4. "57% Irish", czyli komedia o próbie zdefiniowana co oznacza być Irlandczykiem... tego nie jestem w stanie przekazać, bo jest tak śmieszne i oparte na szybkich, celnych dialogach. A przede wszystkim o głupocie poszukiwania takiej definicji... w efekcie jakieś 800 000 immigrantów przeszło tenże "naukowy" test i otrzymało obywatelstwo.
5. "Czarny kaptur". To jest coś co może powstać jedynie w umyśle idealistyczne, nie wspominająć już że także zajochanego nastolatka, który zgadza się wziąć udział w dowiedzeniu stereotypizacji podejrzenych przez ochronę sklepów i policję. W społeczeństwach wielonarodowych jest to nagminny problem, ale też jedynym jego rozwiązaniem jest przeciwstawienie się mu przez wyciągnięcie go nawierzch i nazwanie po imieniu... tak jak to zrobił główny bohater - zakochany nastolatek stanął w obronie swojej dziewczyny.
6. "Wózek". Ten mały horror jest horrorem wyimaginowanym tylko pozornie, bo jest wyrazem tęsknoty imigrantów do tego by mieć równe prawa i szanse na pracę. Jest też wyrazem tęsknoty za swoimi, których musieli pozostawić w kraju, by zarobić na obczyźnie. Jest to coś czego chyba nie da się zrozumieć bez doświadczenia tego na sobie. O tym jak łatwo zatracić się i o braku wsparcia.
7. "Home to Harlem". To jest już zupełnie inne opowiadanie, bo o czarnym Irlandczyku tak odstającym od homogenicznego społeczeństwa, że rodzinna historia o babci, która spędziła jedną noc z czarnym Amerykańskim żołnierzem staje się pretekstem do wyjazdu do Nowego Jorku by go odnaleźć. Jednak dziadek się nie odnajduje, ale bohater ma w końcu poczucie, że musi znaleźć to co Murzyni znaleźli w The Harlem Renaissance zadając pytanie "Who the Fuck Are We?"
8. "I Understand". To ostatnie opowiadanie jest o powiedzeniu "dosyć" i walczeniu o siebie i swoje prawo do życia przez nielegalnego immigranta, który unika bycia wykorzystanym do przewozu narkotyków przez gangi. Jest też o braku zrozumienia przez tubylców, iż nie najlepsza znajomość języka powoduje iż obcokrajowiec stara się przez grzeczność zachować godność i bezpieczny dystans, ale nie oznacza to słabości.

Jest to ten typ książki, który pomimo odnoszenia się do jednej narodowści, tak na prawdę odnosi się do nas wszystkich. To co Irlandczycy odczuli ponad 10 lat temu, my dopiero zaczynamy odczuwać...

Dlatego gorąco polecam!

Etykiety:

czwartek, 21 stycznia 2010

"Fashions of a Decade. The 1960s" Yvonne Connikie



Tą książkę znalazłam na stole z "non-fiction" kiedy odbierałam inne zarezerwowane materiały z biblioteki. Taki stół z polecaną  "fiction" i "non-fiction" przez bibliotekarzy powinien być w każdje bibliotece, bo daje możliwość znalezienia czegoś czego samemu nie szukałoby się lub nawet nie słyszało.



A teraz o książce Yvonne Connikie, która nie jest odkrywcza, ale ... warta zajrzenia. Jest tam podsumowanie tego co działo się w polityce, różnych warstwach społecznych zarówno w Stanach, jak i w Europie. Jest sporo zdjęć z epoki przedstawiających wydarzenia (czyt.: protesty, wyścig w Kosmos, postęp technologiczny), ważne osobistości, a przede wszystkim artystów.

Nie pomija także tematu zmian społecznych, a przede wszystkim tych, które miały wpływ na życie przeciętnej kobiety. W tym czasie powstało wiele udogodnień w postaci "gaddżetów" jak to przekornie określa, a które jednak zmniejszyły obciążenie pracą fizyczną w domu i skróciły jej czas wykonywania. W efekcie kobiety miały odrobinę więcej czasu by zająć się sobą. Jednak ciągle uwarunkowania społeczne i moda tego orkesu wpychały kobiety w role raczej pasywne, "głupiej blondynki", bo przecież dziewczyna w mini nie może powiedzieć nic mądrego.

Autorka przedstawia różnice stylu pomiędzy tym "rozwiniętym" przez Boba Dylana a tym wystylizowanym przez The Supremes. Omawia rodowód beatnik'a i hippie. Cała książka zawiera wiele ciekawych zdjęć m.in. płaszczyków z PCV (!) czy ubranej w kosmicznym stylu Jane Fondy z filmu "Barbarella". Wspomina o Twiggy z jej mocnym makijażem, a stylu mężczyzny w średnim wieku a la James Bond w wykonaniu Seana Conery'ego.



Opisuje także zmiany jakie nastąpiły w przemyśle tekstylnym, czyli pojawienie się nowych materiałów a przede wszystkim wielu nowych, młodych projektantów, takich jam Mary Quant, Yves Saint Lorent, Emanuel Ungaro, którzy odnoszą sukcesy i natychmiast otwierają boutique. Powstawało wiele małych sklepików z ubraniami za niewielkie pieniądze przyciągające nastolatki z ich kieszonkowym i nastawione na szybką rotację towaru.


Pewnie ciekawych zdjęć obrazujących tą epokę mogłabym jeszcze wstawić wiele, a na pewno już macia obraz tejże książki. Generalnie bardzo interesująca pomimo iż wiele informacji już znałam i dzięki wielości fotografii daje rzeczywiście wgląd w lata 60-te.

Polecam!

Etykiety:

piątek, 15 stycznia 2010

"Rok reportera"



Piotr Kraśko, reporter Telewizji Polskiej, był wysyłany w tereny gdzie dużo się dzieje, a gdzie trudno jest dotrzeć. W ramach swojej pracy bywał na Bliskim Wschodzie, Afryce, ale też w Stanach Zjednoczonych. Po tak wielu podróżach miał sporo wspomnień, więc postanowił je spisać w "Roku reportera". Nie ma w tym nic złego, bo przecież tak lubiany Kapuściński zrobił to samo....

Jednak czytając tą sprawnie napisaną książkę nie zamyśla się człowiek, tak jak przy utworach mistrza. Sprawność tej książki powoduje, że szybko się ją czyta i równie szybko zapomina. To co opisuje Kraśko to tragedie przeciętnych ludzi oraz okropieństwa wojny, choć opisy niebezpieczeństw są lapidarne. Jednak narzekanie autora na pracę reportera, który musi przygotować obraz i kilka zdań na tak ciężkie tematy i do tego zmieścić się w minutowym sprawozdaniu, kłóci się właśnie z tą lipidarnością, której brak jest jednak ciężaru. W efekcie powstało coś co jest dokładnym odzwierciedleniem jego pracy - szybka i łatwa książka, która nie daje do myślenia. Może to właśnie chciał osiągnąć? Może to było jego katharzis?

Jeden z ciekawszych fragmentów znajduje się już we wstępie:
"Reporter rzadko poznaje los ludzi, którym wszytko się układa. Rozmawia z tymi, którzy są na krawędiu, szykują się na najgorsze, walczą o przetrwanie, albo właśnie wszystko stracili. Gdy wracałem z tych wyjazdów do Polski, zawsze uderzało mnie, jak bardzo nie doceniamy tego, w jak bezpiecznym miejscu na ziemi żyjemy. Są setki tysięcy ludzi, którym trzaeba w Polsce pomóc, tysiące spotyka krzywda każdego dnia. Jednak w posótnaniu z tym, co dzieje się w odległości kilku godzin lotu z Warszawy - mieszkamy we wspaniałym, spokojnym kraju, który dostał po raz pioerwszy od dawna wielką szansę, w dużej mierze ją ma."

Jest w tej książce sporo informacji, których nie znajdziemy w reporterskich minutówkach. Kraśko mówi o braku możliwości życia w Palestynie; o złożośności konfliktu Izraela z krajami arabskimi; o dramatach ludzi, którzy stracili okazję życia w kraju bezpieczniejszym niż ich własny; o wielu punktach widzenia; o braku samodzielności obywateli oczekujących od państwa pomocy; o tragicznych losach dzieci-żołnierzy. I to jest niewątpliwą wartością książki.

Dlatego na pytanie czy podobała mi się ta książka jest mi trudno odpowiedzieć... bo za szybko ją przeczytałam.

P.S. Pomimo ostatniego zdania wrzucę ją w kategorię "rekonedowana".

Etykiety:

piątek, 13 listopada 2009

"Bambino" Inga Iwasiów


Tytuł tej książki jest wieloznaczny. Większośc z nas pamięta lody Bambino; był też adapter Bambino i były także bary mleczne Bambino. Łatwa do wymówienia nazwa jest synonimem PRL-u i o tym jest właśnie ten utwór, czyli o czasach i ludziach.

Autorka postarała się, by bohaterowie nie byli obciążeni przeszłością wojenną inną niż ta charakterystyczna dla kilkuletnich dzieci, co pozwoliło ominąc meandry historii tej części społeczeństwa. Dodatkowo umieściła ich w „nowym” polskim mieście czyli w Szczecinie, który jest na tyle daleko i na tyle blisko by wszystko razem zgrabnie połączyc, bo to miasto okaże się takie jak jego nowi mieszkancy, budujący swoją historię od nowa, układający sobie życie najlepiej jak potrafią.
 
Bohaterowie to ciakawa zbieranina, choc to pejoratywne słowo, młodych ludzi oderwanych od korzeni, a więc jest Niemka, która ma jakieś tam polskie korzenie i nie ucieka na czas i z Ulrike zmiania się w Urszulę, jest Anna której matka umiera tuż po wojnie i za namową brata zostaje wysłana do miasta po wykształcenie; jest Marysia, najstarsza w rodzinie repatriantów zza Buga wysłanych na Ziemie Odzyskane, wysłana do miasta po zarobek i lepsze życie; jest Janek, bękart w czasów wojny, pozostawiony przez matkę na wychowanie u dziadków i wypchnięty przez wujostwo ze wsi do miasta by było więcej morgów do podziału, a wszyscy oni powiązani są barem mlecznym „Bambino”. Przewijają się także Stefan - Żyd, ktory przeżył obóz i wiąże się z ... Niemką, ale musi wyjechac z wiadomych powodów. Jest też kolejne pokolenie, czyli dzicieSą dzieci, jedynacy, Magdusia wychowująca się po części sama a po części przez „ciotkę” Urszulę by w końcu zostac sama
 
Ciekawie napisana historia tych kilkgorga ludzi. Inga Iwasiów postarała się uwypuklic punkt widzenia poprzez różnice stylów użytych na różnych etapach książki. Jest tu monolog wewnetrzny w formie pourywanych, niezbyt logicznych zdań oddających emocje takie jak strach czy niepewnośc. Jest także narracja zewnętrzna z lapidarnością języka emocji i opisami relacji, okoliczności, przedmiotów i okolic wyzwala poczucie, że bohaterowie są już jakoś osadzeni w nowym miejscu i mają większą kontrolę nad swoim życiem. W końcu jest także krótki moment kiedy autorka staje się wykładowcą i wtrąca którki esej „Na co umierają ludzie, w swoim czasie”
 
W tej środkowej części książki widac najbardziej to co działo się w polskim społeczeństwie po wojnie. Wielkie przetasowania, jak w talii kart, mogłeś byc przed wojna na górze, ale teraz jesteś na dole, co nie znaczy, że nie możesz piąc się do góry jeśli dobrze rozegrasz obecną sytuację (czytaj: n.p. zapiszesz się do partii). W tle rogrywa się historia, która bezpośrednio dotyka jedynie Janka, a pośrednio Marysię i Annę. Ta ostatnia jest przykładem tych, którzy pomimo dostosowania do obecnej sytuacji nie odrzuca tradycji i zakłada rodzinę, by w końcu wrócic do wiary i Kościoła. Anna przedstawia osoby w PRL-u, które poprzez n.p. małżeństwo z marynarzem, polepszały swój byt bez upartyjnienia, bo miały dostęp do towarów deficytowych (jak to śmiesznie brzmi teraz) i bonów (kto to jeszcze pamięta! dla młodszych czytelników bony była równoważne dolarom amerykańskim), czyli były w znacznie lepszej sytuacji materialnej niż przeciętny Polak. Także w tej części książki Iwasiów pokazuje postawy wobec sytuacji, sposoby przetrwania i szarą codziennoś tamtych czasów.
 
We wspomnianym wcześniej eseju, Inga Iwasiów opisuje coś co było zjawiskiem nieznazwanym jeszcze, a więc nie istniejącym ani w wiedzy lekarzy, ani w wiedzy opiniii publicznej. Wspomina o syndromie stresu posttraumatycznego, który niediagnozowany przejawiał się samobójstwami, chorobami takimi jak gruźlica, a przede wszystkim rak. Jest to ciekawy wątek, bo nigdy wcześniej nie słyszałam o powiązaniu lizcby zachorowań na raka z okresem powojennym. Jednak to co ciekawe to powrót do „normalnego” umierania, czyli w wyniku starości czy długtrwałej choroby, bo w czasie wojny większośc znajomych, członków rodziny albo była wywożona do obozów albo ginęła rozstrzelana przpadkowo lub nieprzypadkowo z bronią w ręku.
 
Podsumowując, ten dośc długi wpis, jest to książka warta przeczytania, bo porusza to o czym nie mówiło się, nie pisało, bo jest to życie pokolenia moich dziadków, a oni jeszcze żyją więc może warto z nimi porozmawiac... żeby ta historia codziennia nie zginęła.

Dlatego polecam tą książkę!





Etykiety:

czwartek, 9 lipca 2009

"Ex Libris" Anne Fadiman


Po przeczytaniu kilku rekomendacji tej książki, postanowiłam siegnąc po nią i nie zawiodłam się, choc do najłatwiejszych lektur nie należy, ale po kolei...

Anne Fadiman pochodzi z rodziny bibliofilii, bookoholików (jakoś lepiej brzmi niż książkoholików) i kompulsywnych korektorów, a więc książkami otoczona była odkąd pamięta a i rodziców bez książki w ręku też nie pamięta. Nic dziwnego więc, że książki oraz pisanie stanowią element nieodłączny w jej życiu i z tego powodu są swego rodzaju kamieniami węgielnymi. Jak ważnymi można przeczytac w tych kilkunastu opowiadaniach, w których każdy bookoholik odnajdzie obraz siebie choc w pewnym niewielkim procencie.

Dlaczego każdy czytający może w tych opowiadaniach odnaleźc siebie? To proste - autorka opowiada o sprawach najprostszych, a więc ponadkulturowych:
1. pyta o możliwośc życia bez książek? „Books wrote our life story, and as they accumulated on our shelves (and on our windowsills, and underneath our sofa, and on top of our refrigerator), they became chapters in it themselves. How would it be otherwise?”
2. o tym jak prywatne kolekcje książek stają się częścią osobowości i łatwiejsze wydaje się połączenie ciał w małżeństwie niż połączenie bibliotek... bo jak podjąc decyzję, które z podwójnych egzemplarzy zostawic, a ktore wydac... nie dla mnie to pytanie!
3. o lekcjach jakie dają nam historie zawarte w książkach, np. o wyprawach zdobywców biegunów, którzy poświęcili życie dla sprawy...gdy tak wielu z nas poświęca swoje dla znacznie mniej ważnych.
4. o tym, że miłośc i szacunek do książek nie ma nic wspólnego z wykształceniem i jak sławni pisarze i mysliciele mocno byli związani ze swoimi księgozbiorami.
5. o książce jak nic przekazywanej z pokolenia na pokolenie, która staje się sposobem na poznanie życia poprzednich pokoleń w ogóle i samej właścicielki książki sprzed 3 pokoleń; i o możliwości ciągnięcia tej nici w przyszłe pokolenia.
6. o zmiennej wartości książki czytanej w różnych momentach życia.

7. o ile ciekawiej czyta się książkę o miejscu, które albo właśnie odwiedza się, albo gdzie mieszka lub mieszkało się; i tak dla przykladu czytanie Steinbecka w Monterey w Kalifornii to nie to samo co czytanie go na Cannery Road (częśc Monterey). Bardzo się z tym zgodzę, bo mając okazję odwiedzenia tego miejsca i zobaczenia starych fotograffi fabryk puszkowanych sardynek i ludzi tam wtedy pracujących a tuż obok pieknych wiktoriańskich domów, czytanie Steinbecka może stac się wielką frajdą. To samo przydarzyło mi się gdy czytałam kryminał rozgrywający się w Los Angeles i krótkie zdanie o przebrnięciu przez korek na autostradzie 405 w godzinach szczytu, odbieram znacznie mocniej niż gdybym sama w tym korku nie stała!
8. o narzekaniu rodziców o braku zainteresowania młodzieży książkami widoczne właściwie tylko w domach gdzie te książki choc są to tylko stoją na półce, a nie jak w domach gdzie tych narzekań nie ma, bo książki są na nocnym stoliku rodziców i domowa cisza nie oznacza rozdzielenia a wspólne spędzanie czasu na czytaniu.
9. o spędzaniu czasu na wspólnym oglądaniu telewizyjnych teleturniejów jak „Milionerów” czy „Va Banque” gdzie trzeba wykazac się wiedzą i szybkością.
10. o kompulsywnym korektorstwie nawet restauracyjnego menu, bo w końcu miłośc do poprawności jezykowej nie przestaje działa nawet gdy jesteś na wakacjach na Florydzie!
11. o fetyszach pisarzy, ktorzy dzięki nim rozładowują swoje frustracje i zawsze mogą winę zwalic na czynnik zewnętrzny lub chcąc byc skromnym jemu przypisac swoj sukces.
12. o czytaniu książek i nagłym przypływie apetytu kończącym się najazdem na lodówkę nawet po północy!

i jeszcze kilku innych tematach dobrze znanych czytającym w nadmiarze...

Trudnością w czytaniu tej książki w oryginale, przynajmniej dla mnie, były ilośc słówek, których jeszcze nie znałam, a były to takie wyrażenia, których wielu wykształconych Amerykanów nie zna. Do tego przeciętny czytelnik spoza Stanów nie jest tak dobrze zaznajomiony z literaturą amerykańską by używane przykłady czy odniesienia do poszczególnych tytułów miały silny wydźwięk.

Tym nie mniej jest to książka warta rekomendowania. Dzięki za wasze wpisy „z lektur prowincjonalnej nauczycielki” oraz „przeczytałam książkę”!

Etykiety:

poniedziałek, 15 czerwca 2009

"Unaccustomed earth" Jhumpa Lahiri


Jhumpa Lahiri nagrodzona Pulitzerem w 2000 za „Tłumacza chorób” powraca zbiorem opowiadań zatytułowanym „Unaccustomed earth” czyli w luźnym tłumaczeniu „Na obcej ziemi”.

Głównym bohaterem każdego z opowiadań jest rodzina z dysfunkcjami, rodzina immigranta w ogóle i ich trudności, m.in. adaptacyjne. We wszystkich narratorami są dzieci, które przybyły do nowego kraju jako oseski lub urodziły się już na obcej ziemi. Dzięki temu punktowi widzenia opowiadania uwidaczniają nie tylko różnice pokoleń w ogóle, ale też różnicę w mentalności pomiędzy pokoleniem imigrantów, którzy pozostawili rodziny w starym kraju, w Indiach, i ich dziećmi.W opowiadaniach konflikt pokoleń i konflikt kulturowy wraz z konfliktem wewnętrznym immigranta są ze sobą powiązane tak mocno, że trudno jest określić nawet co jest czym, bo tak bardzo jest uwewnętrznione. Genialnym przykładem tego jest niechęć do podporządkowania się tradycji aranżowanego małżeństwa ze strony dzieci (małżeństwo Hindusa z Amerykanką i odsunięcie się od swojej kultury czego żałowała żona, której brakowało rodziny męża lub małżeństwo Hinduski z Brytyjczykiem, który zupełnie nie jest zainteresowany jej tradycjami i ona przestaje je kontynuować) w przeciwieństwie do typowego dla wielu immigrantów hołdowania tradycji tutaj pokazanej w formie poszukiwania drugiej żony przez aranżowane małżeństwo (wdowiec, który stracił żonę w wyniku raka, sprowadza sobie drugą żonę dzięki pomocy rodziny w Indiach, ale jego dorosły syn nie może tego zaakceptować). Gdzie tutaj jest konflikt pokoleniowy a gdzie konflikt kulturowy? Konia z rzędem kto potrafi ten supeł rozwiązać!

Takie właśnie są opowiadania w tym tomie - napisane bez zbędnych ozdobników, wątków pobocznych czy sugerowania oceny postępowania, o tym co doytyczy nas wszystkich bez względu na miejsce zamieszkania, pochodzenia, religię, kolor skóry itp. Jest to także wspaniała zachęta dla mnie do przeczytania „Imiennika”, czyli „The Namesake”.

Na prawdę godna polecenia książka!

Etykiety:

poniedziałek, 11 maja 2009

"Ostatni mazur" Andrew Tarnowski


Na sobotnim spotkaniu internetowego klubu rozmawialiśmy i utworze “Ostatni mazur”. To książka o Polsce i Polakach napisana przez Brytyjczyka polskiego pochodzenia. Oryginał w języku angielskim może być doskonałym prezentem dla obcokrajowca.

Ta książka ma dwie warstwy bardzo mocno ze sobą splecione.

Jedna warstwa to osobista historia Brytyjczyka polskiego pochodzenia (nie Polaka od dzieciństwa mieszkającego w W. Brytanii!), który poszukuje swoich korzeni. Z opowieści ojca, ciotki, pamiętników innych arystokratów składa historię rodziny, która z bardzo zamożnej, rozlegle skoligaconej, utrzymującej bliskie stosunki zarówno między sobą, jak i z wieloma arystokratycznymi rodzinami w Europie i nie tylko, stała się raczej uboga i rozproszona. Pomimo arystokratycznego pochodzenia, od początku XX wieku to rodzina mozolnie budująca swój majątek. Autor opisuje polowania i zabawy, ale także pracę, szczególnie, kobiet w jego rodzie, które miały silnie wpojone poczucie obowiązku zajmowania się podległymi chłopami, służbą i ubogimi w ogóle. Jest w tych opowieściach nostalgia za czasami, które odeszły, choć miały też swoje cienie.
W tej części opisującej cienie, historia jest raczej smutna – zaaranżowane tułaczką wojenną małżeństwo rodziców autora nie jest w stanie przetrwać trudnych czasów i warunków. Ojciec raptus bijący żonę, długie rozłąki małżonków, a w końcu rozstanie by każde mogło iść własną drogą. Matka wychodzi zamąż za Szkota, który staje się ojcem dla jej syna (autora) a ona matką dla jego synów. Polski ojciec autora tuła się po Wielkiej Brytanii i w końcu znajduje kobietę, która może z nim wytrzymać i zakłada nową rodzinę, w której autor nie uczestniczy w ogóle. Ojciec z nową rodziną przenosi się do komunistycznej Polski. Sam autor jest wychowywany na Brytyjczyka z wyboru matki, więc wielu polskich tradycji nie poznaje, a polskiego uczy się właściwie dopiero będąc na placówce w Polsce w latach 80-tych jako dziennikarz Reuters’a. Dzieciństwo wojenne autora, jak i wielu z jego pokolenia to czas tułaczki i biedy.
Gdy w końcu jako dorosły człowiek autor nawiązuje kontakt z ojcem, jest to relacja trudna właściwie zawsze kończąca się awanturą. Rodzina odzyskuje zrujnowany pałac w Dzikowie i zaczyna się kolejny rozdział odbudowy w jego dziejach. Udaje się także zoragnizować spotaknie całej rodziny, ale jak to w rodzinie, niestety nie obywa się bez zgrzytów, niesnasek i braku chęci do współpracy. Wszystko to razem tworzy niepiękny obrazek.

Druga warstwa to ta którą dzieliło wielu z pokolenia rodziców autora, których młodość przypadła na czas dwudziestolecia międzywojennego i drugiej wojny światowej. Opis budowania życia po odzyskaniu wolności przez Polskę w 1918 i udziału w tym procesie arystokracji, a jednocześnie podążanie za nowoczesną Europą. W międzyczasie wojna z bolszewikami w 1920 roku. Do tego trzymanie się tradycyjnej relacji pan-chłop, gdzie ten drugi za nogi łapie i w ręke całuje, a ten pierwszy jest tym, który opiekuje się. Pokazane jest życie w dobrobycie, choć dla dzieci było to życie bez rodziców, nieudane małżeństwa, romanse i skandale, a przede wszystkim poczucie obowiązku. Choć przez pierwsze 50 stron książki na myśl przychodzi Mniszkówna, to jednak im dalej tym lepiej, bo autor jednak zawiera krytyczną ocenę niektórych zachowań.
W tej części książki pokazana jest także tułaczka jaką odbyło kilkadziesiąt tysięcy Polaków z armią Andersa i bez niej także. Droga przez Rumunię, Jugosławię, Izrael, Egipt by w końcu wylądować spowrotem w Europie. Istna wędrówka ludów, choć trudna dla nas do wyobrażenia, bo bez możliwości skontaktowania się z najbliższymi, z których część wojny nie przeżyła. Autor opisuje także, jak wiele dórb zostało zniszczonych i bezpowrotnie straconych.

Generalnie jest to książka dla osób, które nie znają tej części historii drugiej wojny światowej, a które chciałyby tą wiedzę poszerzyć i połączyć to z w miarę przyjemną lekturą.

Jest to jedna z tych książek, które są na granicy pomiędzy „warto przeczytać” a „stratą czasu”.

Etykiety: , ,

sobota, 2 maja 2009

"The Door to December" Dean Koontz


W poprzednim poście wspomniałam o audiobookach, a więc teraz po raz pierwszy wrzucam wpis o wysłuchanej książce.

"The Door to December" to kryminał, a więc historia dobra do biegania. Wzięłam ją z półki w bibliotece, bo tez i lokalizacja akcji, czyli Los Angeles dodaje odrobinę więcej przyjemności w słuchaniu lub czytaniu.

Historia zaczyna się bardzo krwawo, bo od morderstwa 3 osób, które okazują się być psychologami pracującycmi na zmianami behawioralnymi, a dokładniej nad deprywacją sensoryczną małej dziewczynki - głównej bohaterki, która okazuje się córką jednego z zamordowanych. Poza nią jest jeszcze dzielny detektyw i matka dziewczynki. Ci dwoje próbują uratować dziewczynkę od... kogoś kto w ich przekonaniu próbuje ponownie ją porwać. Nie wiedzą jednak kto, a sprawę dodatkowo utrudniają zjawiska nadprzyrodzone, które okazują się atakować tych, którzy byli jakoś związani z tymi eksperymentami. Jak się okazuje owe siły nadprzyrodzone to nie jakieś negatywne siły zewnętrzne, ale...

...i tutaj robi się interesująco, choć tylko przez moment, bo owe siły to negatywna energia płynąca z kilkuletniej dziewczynki poddawanej eksperymentom. Jest to kryminał gdzie zły jest w dziecku, czyli właściwie w każdym z nas. I jest to jedyna zaleta tej książki... jeśli nie liczyć mojego biegania, oczywiście!

Z tych właśnie powodów zaliczam tą książkę zarówno do Rekomendowanych jak Straty czasu.

Etykiety: ,

czwartek, 9 kwietnia 2009

"Ścianka działowa" Izabela Sowa



W pierwszą sobotę miesiąca przegadana została książka Izabeli Sowy. Jak się okazało książka podobałą się, więc po raz kolejny udało się.

A teraz o książce, która napisana jest z humorem, językiem młodym i dynamicznym, choć ma dość klasyczną strukturę. Akcja zawiązana zostaje na samym początku poszukiwaniem "świętego grala", czyli Brzytwy - detektywowi amatorce, mającej pomóc w kłopocie głównego bohatera. Znalazłszy tegoż Grala, główny bohater nie dostaje oczekiwanej nagrody, ale dostaje coś więcej, czyli możliwość poznania samego siebie. Oczywiście musi wyjść poza własną strefę komfortu i zobaczyć siebie i świat z nowej perspektywy...

Powierzchniowa historia, że się tak wyrażę, jest raczej smutna, bo o rozpadzie młodego małżeństwa, które gubi siebie jako jednostki i siebie jako parę. Autorka przedstawia młodych yuppies, którzy pobrawszy się chyba nie do końca chyba z właściwych powodów jakoś tam układają sobie życie, ale przeprowadziwszy się do nowego miasta z powodu kariery męża już nie są w stanie być razem. Żona zajęta mieszkanie, meblowanie itp. odsuwa się od męża by wkróce zauważyć, iż on już ma oddzielne życie, więc postanawia postawić tytułową ściankę działową, która jest tyle samo fizyczna co symboliczna i jest jej wyrazem zwrócenia jego uwagi na sytuację. I to jej się udaje... choć jak się okazuje za późno dla niej i dla nich.

Ta powierzchniowa historia to kanwa dla głównej części książki Sowy, która w sposób ironiczno, zabawny i tragikomiczny przedstawiła otaczającą rzeczywistość. Jest więc w tym raporcie:
- Marsz Tolerancji, na którym warto może bywać, ale jednocześnie żaden ze znajomych się nie pojawia, więc może jednak nie należy wyłamywać się z konwencji? Jednocześnie bohater odkrywa, że ludzie uczesniczący w nim, czyli w większości geye to jednak tacy sami ludzie.
"Skoro ma wziąć udział w pochodzie, musi znakleźć jakieś wymierne korzyści. A zatem:
a) Poczyni cenne obserwacje socjologiczne, to raz.
b) Z pewnością zyska w oczach znajomych; otoczenie Fiotronia darzy Marsz Tolerancji rosnącą sympatią. I poparciem, oczywiścieże ryzyko, niewystarczające zainteresowanie kluczowych mediów), ale czyniono pewne plany. Za rok, góra dwa, kiedy Marsz stanie się naprawdę trendy, Fiotroń będzie mógł się pochwalić, że był pierwszy, przed wszystkimi. Co nie znaczy, że teraz ma się rzucać w oczy..."
- wyznaczanie nowych standardów konsumpcji
"- Specjalistyczne książki zabraliśmy ze sobą. Biblioteczkę z beletrystyką skomponował zatrudniony przez Szarlotę fachowiec. Same najlepsze pozycje, głównie nowości.
- I jak? Jesteś zadowolony z wyboru?
Nie miał czasu ocenić. Zresztą nie o lekturę tu chodzi, a o wyznacznie nowych standardó konsumpcji. Pod tym względem Fiotroń należy do pokolenia sosu pesto. Kiedyś zagorzali fani Brygady Kryzys (do czego nie lubią się przyznawać, nawet po trzech drinkach z malibu), a obecnie kadra kierownicza w liczących się korporacjach. Co oczywiście zobowiązuje. Markowe ciuchy, zgrabna sportowa sylwetka (albo mocno wciągnięty brzuch), kosmetyki organiczne (wybó nie ma nic wspólnego z szcunkiem dla środowiska) i zakupy w delikatesach. Dawni wielbiciele mielonki wyjadanej z puczki wspólnym widelcem lub ubabranymi paluchami, dzieś preferują owoce morza, krem truflowy, pecorino romano, suszoną hiszpańśką szynkę. I pesto. Nawet zaskoczeni niespodziewaną wizytą wyczarują w mig egzotyczne menu do tysiąca ośmiuset kalorii. Podane na kwadratowych talerzach."
- obraz młodych, zblazowanych 30-to letni, którym już nie chce zmieniać się świata
"Ci [uczestnicy marszu] zgromadzenia na placu Matejki raczej nie trafią do programu "Uwaga". Z kolorowymi balonikami w dłoni wyglądają, jakby wybierali się na piknik do Ojcowa. Zbyt grzeczni, zwyczajni i stanowczo za młodzi. Jeszcze wierza, że im się uda, skrzywił się Dionizy, czując dziwny uścisk w piersi. Nie, żaden wielki ból egzystencjalny. Raczej smutek, jaki się odczuwa w pierwszy, naprawdę chłodny wrześniowy. Fiotroń zrozumiał nagle, że dla jego zblozowanych znajomych nie ma tu miejsca. Ich entuzjazm wypalił się w połowie lat dziewięćdziesiątych, a teraz mofą sobie pooglądać w telewizji, jak ktoś inny usiłuje zmienić świat. Jeszcze chwila a zostaniemy zepchnici na boczny tor, pomyślał, i aż pociemniało mu w oczach..."
- krótki rys bogatych nie mających marzeń, bo "bogatych stać na kaprysy, biednym muszą wystarczyć marzenia"
- obraz piekła kawalera, czyli wir randek
"W wir randek? Wielkie dzięki! Już to przerabiał, przez dwa lata taz zwanej wolności pomiędzy Penny a gorącą Andrea. Żenujące randki w ciemno z kobietami zdrapkami, nigdy nie wiesz, co się kryje pod warstwą sreberka. On zwykle trafiał na "spróbuj jeszcze raz". Albo na wyfiokowaną frustratkę dopytującą się "co będzie z nami" już po drugim spotkaniu. [...] Albo łzy. Jeden jedyny raz spróbował być brutalemżinsowej koszuli. [...]. Po tym traumatycznym wydarzeniu Dionizy zrezygnował z randek w ciemno, wybierając, za namową Debeściaka, nową formę rozrywki: przygody klubowe."
- brak radości z podróży bez planu i narzucanie sobie zadaniowości
"Fiotroń też by chętnie wyszedł, ale dokąd? Przecieśż nie będzie spacerował w kółko, dookoła swojego osiedla. Opuszczając jedno miejsce należy wcześniej określić nowy cel! Więc dokąd?"
- narzekanie na kobiety
"A te dzisiejsze kobiety? Boże święty. Co jedna to bardziej wymalowana. Jak pisanka. Tylko, że w środku puściuteńko. Nowoczesne wydmuszki."
- ludzie nieprzypadkowo "ubrani na luzie w ciuchy z najwyższej półki",
Jak widać z tych kilku urywków Izabela Sowa ludzi bawić się groteską i malować grubą kreską, co daje poczucie lekkości, ale nie pozbawia książki uszczypliwości, której czytelnikowi nie uda się ominąć... za co książkę chwalę.

Klubowicze uznali - warta polecenia!
Do usłyszenia na początku maja!

Etykiety: ,

niedziela, 22 marca 2009

"Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej" Michał Witkowski


No i pokolejnym spotkaniu. Trochę czasu już minęło, ale i tak piszę to podsumowanie. Książka podobała nam się, bo jest o Polsce i Polakach. Do tego napisana jest polszczyzną której nie nauczysz się na lekcjach polskiego (żyjąc poza granicami jest to łatwiejsze do zrozumienia, bo lokalnego języka także nigdy tak nie poznamy). Zainteresowanie wzbudził także autor, bo ma spojrzenie naszego pokolenia, a nie pokolenia naszych rodziców. Generalnie książka uznana została za wartą przeczytania...

A teraz słów kilka o książce.

Najnowsza książka Michała Witkowskiego to opowieści trzecioligowego cwaniaka śląskiego, który nabywszy komputer jako spłatę długu rozpoczyna swoje wpominki. Opisuje swoje w większości nieudane biznesy z lat 80-tych i 90-tych, kiedy to tworzyła się część dzisiejszych fortun ludzi wówczas już mających dostęp do informacji, a przede wszystkim energicznie wykorzystujących okazje do zarobku nadarzające się w trakcie szybkich zmian ekonomicznych i społecznych.

Język wykorzystany do tych wspominków to mieszanka języka żuli i cwaniaków z barwnym językiem śląskim. Daje to posmaczek lokalny, ale i poczucie swojskości, bo i gramatyka niezbyt doskonała. Wszystko razem daje wartkość i łatwość czytania.

Choć książka to wspomnienia głównego bohatera to jednak nie jest to jedna osoba a kompilacja dziejów polskich badylarzy, cinkciarzy, lichwiarzy i wczesnych biznesmenów oraz ludzi po prostu próbujących szczęścia w nowej rzeczywistości. Dlatego też nie jest on zbyt skomplikowany, bo nie o to przecież chodzi, choć niewątpliwie myśli na tyle by przyjrzeć się i zastanowić nad szybkimi zmianami wokół. I o tym jest ta książka – spojrzeniem na niedawną historię Polski bez zacietrzewienia, bez politykowania. Jest więc przywołana znana historia zaskakująco szybkiego powstania sieci kantorów. Jest także historia powstawania takich organizacji jak Amway czy Zepter bazujących na „pozytywnej manipulacji”, „personalnym zaangażowaniu” i nowomowie wzorowanej na anglojęzycznych zwrotach. Jest także wspomnienie o pierwszych siłowniach bez szafek i pryszniców gdzie ćwiczyli do upadłego „ochroniarze”. Witkowski wspomina także o duraleksach, Relax’ach, zegarkach elektronicznych z kalkulatorkiem, aż się łezka w oku kręci.

Te wszystkie wspominki są właściwie nie tyle o zmianach ekonomicznych co o wartościach i przetasowaniu ich, czyli że pieniądz rządzi światem a tak być nie powinno. Witkowski przedstawia bohatera kontemplującego swoje dolary, swoje sztabki złota z przyjemnością wręcz perwersyjną. Bohater w końcu dochodzi do wniosku, że pieniądze to nie wszystko oraz że pieniądz robi pieniądz jedynie gdy jest w obiegu i zaczyna mieć wyrzuty sumienia. Jest to zgrabne wejście dla wątku wiary, silnej wiary (symbiliczne mohery też się przewinęły) i odkupienia w formie pielgrzymki do Lichenia, bo przecież zdobywanie pieniędzy nie jest sprawą czystą.

Jest także historia rodzinna o trzech ciotkach, których młodość przypadła na lata wojny i czasów ciężkiej komuny, a które nie potrafiły dostosować się do nowych warunków. Jest to nierozliczona historia, która kończy książkę w formie załamania się tego myślącego cwaniaka, którym zaopiekuje się prostszy od niego pomocnik – alter ego bohatera.

Na koniec słów kilka o autorze.
Młody, trzydziestoparoletni pisarz z Wrocławia mieszkający w Warszawie. Ukończył polonistykę i zarzuciwszy rozpoczętą pracę naukową nastawił się na pisanie i od 2001 regularnie publikuje. A oto oficjalna strona pisarza.

Podsumowując spotkanie internetowe było udane, a książka warta przeczytania.

Etykiety: ,

niedziela, 15 marca 2009

"Loving Frank" Nancy Horan


Sięgnęłam po tą książkę z polecenia moich lokalnych bibliotekarzy, których nigdy, ale to nigdy nie należy pytać o polecenie ciekawej książki, bo jak otworzą usta to ... nic tylko nagrywać, bo zaraz litanie tytułów podadzą.

No więc zaczęłam czytać tą opartą na faktach powieść o Marth'cie "Mamah" Cheney z domu Borthwick - intelektualnym partnerze i kobiecie życia Franka Lloyda Wrighta . Tak, tego nazwiska wielbiciele słynnego architekta właściwie nie znają, bo i skąd skoro po skandalu obyczajowym początku XX wieku nie mówiło się o niej, a i jej tragiczny los nie sprzyjał temu. Towarzystwo FLW w dalszym ciągu z niechęcią wspomina tą kobietę pomimo iż tyle czasu upłynęło i tak wiele (a może raczej niewiele?!) zmieniło się w stosunkach społecznych.

Ale od początku... Mamah Borthwick była kobietą niezależną, wychowaną przez swoją najstarszą siostrę, która przejęła rolę matki nie tylko dla niej, ale także dla średniej siostry. Dzięki temu poświęceniu Mamah zdobyła wykształcenie bardzo wykraczające ponad przeciętną nie tylko wówczas, ale i obecnie nie miałaby się czego powstydzić. Władała sześcioma językami i była tłumaczką literatury kobiecej i feministycznej. Będąc samodzielna i niezależna nie chciała utracić radości życia rodzinnego. Po spotkaniu wielu apsztyfikantów, którzy okazywali się mało interesujący intelektualnie, spotyka Edwina Cheney'a inżyniera elektryka otwartego na nowoczesność. Pobierają się i mają dwoje dzieci, ale jednak ich życie małżeńskie nie jest udane, bo Mamah ciągle szuka... stymulacji intelektualnej.

W 1910 Edwin i Mamah zlecają młodemu, nowoczesnemu i modnemu architektowi przebudowę swojego domu. Kim był architekt wymieniać nie trzeba. Fakt, faktem - ognisty romans się zaczął i trwał przez całą przebudowę domu. Sąsiedzi wkrótce się o nim dowiedzieli dzięki przypadkowemu podglądaniu miłosnych igraszek tych dwojga przez nastoletnią córkę sąsiadów (warto przytoczyć tutaj ciekawostkę ze spotkania z autorką, że owe feralne okno zostało natychmiast zabite deskami i pozostawało w takim stanie przez następne 80 lat!). Nadchodzi moment, gdy muszą podjąć decyzję - oboje odchodzą od swoich małżonków i pozostawiają dzieci (ona dwoje, on sześcioro). Zaczynają żyć najpierw osobno by wkrótce wyjechać razem (choć osobno) do Niemiec, gdzie zostają odkryci dzięki prasie bulwarowej. Po pobycie w Berlinie gdzie wydano publikację z projektami FLW wyjeżdżają do Włoch, gdzie we względnym spokoju żyją przez około rok. Odwiedzają też Japonię, gdzie już wóczas sławny i poważany architekt FLW tworzy swoje budowle i staje się importerem sztuki japońskiej, co pozwala mu na utrzymanie siebie i Mamah oraz żony i dzieci. Mamah w międzyczasie tłumaczy publikacje szwedzkiej ferministki, choć ze względu na wywołany skadal obyczajowy ma trudności z ich wydaniem w Stanach.

Po tych wojażach i rozwodzie Mamah, który otrzymuje w 1911, wracają do USA i osiadają w posiadłości Tielesin w Green Spring w Wisconsin. Tam FLW buduje dla nich dom , który ma stać się ich zaciszem i miejscem pracy dla obojga. Projekt zostaje zakończony i dzięki zbieractwu FLW wyposażony w autentyczne dzieła sztuki z różnych części świata. Niestety nie jest im dane cieszyć się tam wspólnym życiem - 15 sierpnia 1914 roku służący Julian Cartlon podpala dom i atakuje Mamah siekierą. W tej tragedii ginie ona i jej dwoje dzieci, a także czworo innych ludzi. Ta tragedia to koniec ważnego rozdziału w życiu FLW, który rzadko wspomina tą dzielną i w zgodzie ze sobą żyjącą kobietę w tamtych czasach.

Przytoczyłam całą historię, ale jestem pewna, że nie zabrałam przyjemności czytania. Nancy Horan opisała tą historię z punktu widzenia Mamah, czyli tej złej, bo rozbijającej rodzinę kobiety. Przedstawiła rozterki kobiety wykształconej i niezależnej intelektualnie, które od tamtych czasów nie wiele zmieniły się. Jej chęć kształcenia się okupiona jest koniecznością pracy i nauki jednocześnie. Jej chęć podążenia za naturalnym i społecznym (tutaj nie będę dyskutować o tym) dążeniem kobiet do założenia rodziny i posiadania dzieci. Jej walka o niezależność finansową, która nie istaniała dla kobiet na początku XX wieku a dla nas jest tak normalna, warta jest odnotowania. Wybrany cytat z Goethego "Każdy żyje tylko raz na tym świecie" ("One lives but once in the world") jest pięknym streszczeniem życia Mamah Borthwick Cheney.

Poza tą warstwą faktograficzną i psychologiczną, Nancy Horan opisuje także bohemę artystyczną i intelektualną Berlina tuż przed pierwszą wojną światową. Wprowadza takie postacie jak wiodąca przedstawicielka ekspresjonizmu niemieckiego
Else Lasker-Schuler, która w książce przyjaźni się z Mamah, choć prawdopodobnie jest to fikcja dodana przez autorkę. Wprowadza także postać, która odegrała ważną rolę w życiu głównej bohaterki, Ellen Key - szwedzka feministka, która swoim stwierdzeniem "Uzasadnione prawo do wolnej miłości nigdy nie może zostać zaakceptowane, jeśli istnieje dzięki poświęceniu miłości macierzyńskiej."odcisnęła mocne psychologiczne piętno nie tylko na Mamah, ale i na kobietach, a wszczególności na szwedzkim społeczeństwie, gdzie jej nadrzędne podejście do miłości macierzyńskiej i konieczności wspierania i ochrony matek jest widoczne w polityce społecznej do czasów obecnych.
Polecam tą książkę by poznać nie tylko Mamah, ale popatrzeć na Stany i Europę tamtych czasów, na sufrażystki i kobiety po prostu chcące być wolnymi intelektualnie.

P.S. Jeśli zainteresowani jesteście żonami FLW to podaję (choć nie czytałam) także link do innej książki na ten temat "
The Women" Valerie Ryan.

Etykiety: