O książkach gadanie

Ten blog nie będzię już aktualizowany. Nowsze wpisy możecie znaleźć na blogu "wielokropek" http://wielokropek.blogspot.com/

poniedziałek, 6 września 2010

"A Soul On Trial. A Marine Corps Mystery at the Turn of the Twentieth Century" Robin R. Cutler

Ta książka wydawała mi się interesująca, gdy zobaczyłam ja po raz pierwszy, ale.... gdy zaczęłam ją czytać już takiego przekonania nie miałam.

Przeczytałam prolog zawierający skrót książki i właściwie już nie bardzo chciało mi się dalej czytać. Okazało się, że jest to historia żołnierza, który najprawdopodobniej został zamordowany przez kolegów w czasie bijatyki, ale armia nie chce tego potwierdzić i w świadectwie zgonu wpisuje samobójstwo. W tym momencie wkracza do akcji oczyszczenia imienia syna, matka, typowa kobieta z Zachodu, czyli z silną wolą, wygadana, wykształcona, bez obaw pukająca do wszelkich drzwi w swojej sprawie. Po kilku wizjach, w których syn nawołuje ją do pomocy, jest przekonana o słuszności swojej sprawy. Siłą tej kobiety była nie tylko miłość matki, ale także silna wiara w konieczność oczyszczenia syna z moralnego grzechu samobójstwa. Ówczesny kościół katolicki pomimo jej wizji, mocno poparł jej sprawę. Jedynie amerykańska armia nie była przygotowana na taką walkę w dodatku popartą siłą prasy.

To zdarzenie stało się katalizatorem dla ówczesnej prasy, a tym samym mass mediów, do próby siły swojej władzy dusz. Był to także czas kiedy władza, zarówno ta wojskowa, jak i cywilna, nie do końca zdawał sobie sprawę z roli szybkiej  informacji i energii w niej niesionej. Miała to być jedna z tych znaczących lekcji.

Pomimo tak zachęcającego tematu, język nie zachęcał do zanużenia się w tej tragedii rodzinnej oraz historii krucjaty matki szukającej prawdy.

Etykiety:

piątek, 30 października 2009

"Prince of Tides", czyli "Książę przypływów" Pat Conroy


Książka nie nowa, ale zaplanowana na październik w moim miejscowym amerykańskim klubie książki. Niestety dla mnie był to chybiony wybór, choc nie żałuje podejścia do niej.


Jak wyżej napisałam było to „podejście” bo całej książki nie zdołałam przeczytac, bo jednak ciągle miałam przed oczami Nicka Nolte z jego nerwowością i graniem rodzinnego klauna, Shirley McLaine jako matki skonfliktowanej ze swoimi dziecmi oraz Barbary Streisand z jej brakiem profesjonalizmu jako terapeutki i wzrokiem skrzywdzonego spaniela. Wziąwszy cały ten obrazek pod uwagę chyba rozumiecie jak trudno było mi przebrnąc przez pierwsze 150 stron...

Historia znana z filmu jest inna niż ta autorstwa Pat Conroy, jak poinformowały mnie znajome z klubu, które przeczytały cały utwór, ale szkielet jest ten sam. Narratorem jest główny bohater, któremu nieukłada się z żoną, z córkami, z przełożonymi i który ma na tyle inteligencji i instynktu samozachowawczego, że widzi swoje problemy i wie, że musi się nimi zając, bo straci wszystko – żonę, córeczki, siostrę i szansę na jakiś zawodowy sukces. Tak jak i w filmie jego opowieśc rozpoczyna się także wraz z kolejną samobójczą próbą jego siostry bliźniaczki. Na wezwanie jej terapeutki główny bohater wybiera się w podróż do Nowego Jorku, gdzie ma pomóc w terapii siostry, której źródłem problemów jest to co przydarzyło się im wszystkim w dzieciństwie. Jest to więc raczej jego podróż ostatniej szansy... i tutaj zaczyna się mój problem.

Dr. Lowenstein, czyli terapeutka, popełnia jeden po drugim błędy w sztuce co jest po prostu nie do zaakceptowania. Poza tym widac, że sama ma problemy, co także podważa jej wiarygodnośc... a poza wszystkim ja chyba wyrosłam z takich pseudo psychologicznych powieści łamane przez romansidła. Nie mam nic przeciwko nim, jednak ja mam poczucie straty czasu czytając je... tak jak i kryminały.

Dlatego wrzucam tą książke w kategorię "straty czasu"....

Etykiety:

czwartek, 6 sierpnia 2009

"The Painter of Battles" Arturo Perez-Reverte


To był ostatni raz kiedy sięgnęłam po książkę tego autora, niestety. Na tylniej okładce oczywiście peany, a w środku przeciętność i dłużyzna. Zdołałam przebrnąć jedynie przez 80 stron...
Bohaterami tej historii są światowej sławy fotograf wojenny Andre Faulques i Ivo Markovic oraz łącząca ich wojna na Bałkanach po rozpadzie Jugosławii. Ten pierwszy po sfotografowaniu nieznanego mu żołnierza uciekającego przed napierającą armią serbską zamieszcza świetną fotografię w którymś z magazynów i nawet zostaje za nią nagrodzony. Niestety nie wie, że przez to ten drugi traci żonę i syna w straszliwych okolicznościach, co staje się dla niego powodem do odszukania reportera i życia przez dłuższy czas z myślą o zamordowaniu go.

Jak to często bywa czas leczy choc częściowo rany i gdy w końcu Ivo odnajduje Andre zaczynają rozmawiać o wojnie, o okrucieństwie i zasadach tego świata. Rozmowa przeplatana jest wspomnieniami Andre o kobiecie jego życia, którą także stracił w trakcie tamtej wojny, o historii ich spotkania. Jak to u Arturo Perez-Reverte w tle zawsze jest sztuka... i tak jest tym razem, a więc opisy mniej lub bardziej znanych obrazów batalistycznych są wprowadzone jako analiza Andre do wykonania fresku w XIII wiecznej baszcie, którą zakupił z zamiarem uwiecznienia okrucieństw, które się naoglądał.
Co dalej zdarzyło się nie wiem i tak na prawdę to nie chcę wiedziec, bo dywagacje tych dwóch pokiereszowanych ludzi o okrucieństwie świata wydały mi się bardzo jałowe, a i ilośc information o malarstwie była po prostu przesadzona i dośc encyklopedyczna. Dlatego porzuciłam czytanie tej książki z nadzieją na przeczytanie czegoś bardziej interesującego...
Nie polecam a wręcz odradzam!

Etykiety:

poniedziałek, 11 maja 2009

"Ostatni mazur" Andrew Tarnowski


Na sobotnim spotkaniu internetowego klubu rozmawialiśmy i utworze “Ostatni mazur”. To książka o Polsce i Polakach napisana przez Brytyjczyka polskiego pochodzenia. Oryginał w języku angielskim może być doskonałym prezentem dla obcokrajowca.

Ta książka ma dwie warstwy bardzo mocno ze sobą splecione.

Jedna warstwa to osobista historia Brytyjczyka polskiego pochodzenia (nie Polaka od dzieciństwa mieszkającego w W. Brytanii!), który poszukuje swoich korzeni. Z opowieści ojca, ciotki, pamiętników innych arystokratów składa historię rodziny, która z bardzo zamożnej, rozlegle skoligaconej, utrzymującej bliskie stosunki zarówno między sobą, jak i z wieloma arystokratycznymi rodzinami w Europie i nie tylko, stała się raczej uboga i rozproszona. Pomimo arystokratycznego pochodzenia, od początku XX wieku to rodzina mozolnie budująca swój majątek. Autor opisuje polowania i zabawy, ale także pracę, szczególnie, kobiet w jego rodzie, które miały silnie wpojone poczucie obowiązku zajmowania się podległymi chłopami, służbą i ubogimi w ogóle. Jest w tych opowieściach nostalgia za czasami, które odeszły, choć miały też swoje cienie.
W tej części opisującej cienie, historia jest raczej smutna – zaaranżowane tułaczką wojenną małżeństwo rodziców autora nie jest w stanie przetrwać trudnych czasów i warunków. Ojciec raptus bijący żonę, długie rozłąki małżonków, a w końcu rozstanie by każde mogło iść własną drogą. Matka wychodzi zamąż za Szkota, który staje się ojcem dla jej syna (autora) a ona matką dla jego synów. Polski ojciec autora tuła się po Wielkiej Brytanii i w końcu znajduje kobietę, która może z nim wytrzymać i zakłada nową rodzinę, w której autor nie uczestniczy w ogóle. Ojciec z nową rodziną przenosi się do komunistycznej Polski. Sam autor jest wychowywany na Brytyjczyka z wyboru matki, więc wielu polskich tradycji nie poznaje, a polskiego uczy się właściwie dopiero będąc na placówce w Polsce w latach 80-tych jako dziennikarz Reuters’a. Dzieciństwo wojenne autora, jak i wielu z jego pokolenia to czas tułaczki i biedy.
Gdy w końcu jako dorosły człowiek autor nawiązuje kontakt z ojcem, jest to relacja trudna właściwie zawsze kończąca się awanturą. Rodzina odzyskuje zrujnowany pałac w Dzikowie i zaczyna się kolejny rozdział odbudowy w jego dziejach. Udaje się także zoragnizować spotaknie całej rodziny, ale jak to w rodzinie, niestety nie obywa się bez zgrzytów, niesnasek i braku chęci do współpracy. Wszystko to razem tworzy niepiękny obrazek.

Druga warstwa to ta którą dzieliło wielu z pokolenia rodziców autora, których młodość przypadła na czas dwudziestolecia międzywojennego i drugiej wojny światowej. Opis budowania życia po odzyskaniu wolności przez Polskę w 1918 i udziału w tym procesie arystokracji, a jednocześnie podążanie za nowoczesną Europą. W międzyczasie wojna z bolszewikami w 1920 roku. Do tego trzymanie się tradycyjnej relacji pan-chłop, gdzie ten drugi za nogi łapie i w ręke całuje, a ten pierwszy jest tym, który opiekuje się. Pokazane jest życie w dobrobycie, choć dla dzieci było to życie bez rodziców, nieudane małżeństwa, romanse i skandale, a przede wszystkim poczucie obowiązku. Choć przez pierwsze 50 stron książki na myśl przychodzi Mniszkówna, to jednak im dalej tym lepiej, bo autor jednak zawiera krytyczną ocenę niektórych zachowań.
W tej części książki pokazana jest także tułaczka jaką odbyło kilkadziesiąt tysięcy Polaków z armią Andersa i bez niej także. Droga przez Rumunię, Jugosławię, Izrael, Egipt by w końcu wylądować spowrotem w Europie. Istna wędrówka ludów, choć trudna dla nas do wyobrażenia, bo bez możliwości skontaktowania się z najbliższymi, z których część wojny nie przeżyła. Autor opisuje także, jak wiele dórb zostało zniszczonych i bezpowrotnie straconych.

Generalnie jest to książka dla osób, które nie znają tej części historii drugiej wojny światowej, a które chciałyby tą wiedzę poszerzyć i połączyć to z w miarę przyjemną lekturą.

Jest to jedna z tych książek, które są na granicy pomiędzy „warto przeczytać” a „stratą czasu”.

Etykiety: , ,

sobota, 2 maja 2009

"The Door to December" Dean Koontz


W poprzednim poście wspomniałam o audiobookach, a więc teraz po raz pierwszy wrzucam wpis o wysłuchanej książce.

"The Door to December" to kryminał, a więc historia dobra do biegania. Wzięłam ją z półki w bibliotece, bo tez i lokalizacja akcji, czyli Los Angeles dodaje odrobinę więcej przyjemności w słuchaniu lub czytaniu.

Historia zaczyna się bardzo krwawo, bo od morderstwa 3 osób, które okazują się być psychologami pracującycmi na zmianami behawioralnymi, a dokładniej nad deprywacją sensoryczną małej dziewczynki - głównej bohaterki, która okazuje się córką jednego z zamordowanych. Poza nią jest jeszcze dzielny detektyw i matka dziewczynki. Ci dwoje próbują uratować dziewczynkę od... kogoś kto w ich przekonaniu próbuje ponownie ją porwać. Nie wiedzą jednak kto, a sprawę dodatkowo utrudniają zjawiska nadprzyrodzone, które okazują się atakować tych, którzy byli jakoś związani z tymi eksperymentami. Jak się okazuje owe siły nadprzyrodzone to nie jakieś negatywne siły zewnętrzne, ale...

...i tutaj robi się interesująco, choć tylko przez moment, bo owe siły to negatywna energia płynąca z kilkuletniej dziewczynki poddawanej eksperymentom. Jest to kryminał gdzie zły jest w dziecku, czyli właściwie w każdym z nas. I jest to jedyna zaleta tej książki... jeśli nie liczyć mojego biegania, oczywiście!

Z tych właśnie powodów zaliczam tą książkę zarówno do Rekomendowanych jak Straty czasu.

Etykiety: ,

sobota, 21 lutego 2009

"Trzynaście" Marcin Świetlicki


"Trzynaście" Marcina Świetlickiego to niby kryminał, bo trup jest, ale w gruncie rzeczy to farsa, która dla mnie wcale śmieszna nie jest. Przeczytałam tą książkę w ramach Polskiego Klubu Książki i dobrze, bo dzięki temu mam zdanie na jej temat, jale to właściwie wszystko pozytywne co na jej temat mogę powiedzieć.

Głównym bohaterem jest podstarzały dziecięcy aktor, który po swojej „wielkiej” roli w serialu sprzed lat 30-tu nic więcej artystycznie nie wskórał. W międzyczasie przytył i rozpił się, ale jego sława jakoś przygasnąć nie może, bo serial jest w dalszym ciągu pokazywany i nowe pokolenia podziwiają go, choć mocno są rozczarowane spotkawszy go osobiście.

Bohaterami książki są także Kraków i po części skontrastowanie różnic kulturowych pomiędzy Krakowem i Warszawą. W tej książce to pierwsze miasto wydaje się skoncentrowane na tym by niewiele zmieniło się w nim a jego rozmiar jest jakiś taki mały, bo akcja toczy się w obrębie kilku knajp i Małego Rynku i wszędzie można dojść piechotą. To drugie przedstawione jest jako miasto szybkiego interesu, działania z rozmachem i braku przywiązania do tradycji, bo większość "tutejszych" to ludzie napływowi rządni władzy i pieniędzy. Zważywszy na to, że autor pochodzi z Lublina nie można posądzić go o przechylenie szali na czyjąś korzyść i nie ma się takiego poczucia.

Poza tymi głównymi bohaterami, są jeszcze inni – i to całe grono! Jest więc jakaś rosyjska gwiazda; jest inspektor przed emeryturą regularnie bity przez żonę; jest właściciel baru w którym regularnie pija bohater; jest fanka aktora, która zostaje zamordowana; jest kolejna wielbicielka mająca nadzieję na rozkochanie w sobie aktorzyny; jest i wydawca, który podsuwa do podpisania umowę na wyłączność wszystkiego co aktor może stworzyć lub chcieć stworzyć; jest podwładny wydawcy, który zakochuje się w zamordowanej fance (oczywiście przed jej zamordowaniem). Słowem jest cały zbiór charakterów i interesów, ale ani bohaterowie, ani wątki nie wydają się rzeczywiście powiązane ze sobą. Przeskakiwanie od jednego do drugiego jest sztuczne i nic nie wnosi.

Język w tym utworze jest poszarpany, a zdania tak krótkie, że ma się wrażenie iż autor przedstawił nam szkic postaci i utworu. To wrażenie pogłębia także jednowymairowość i jakiś taki bezwład bohaterów.

Podobno wydano także „Dwanaście” i „Jedenaście”... ale ja już na nie czasu nie stracę.

A teraz słów kilka o autorze możecie znaleźć na załączonym linku.
Marcin Świetlicki, rocznik 61, zerkający ze zdjęcia na tylnej okładce jakoś tak pasuje mi do wyobrażonego przez ze mnie wyglądu głównego bohatera.

No i to tyle na temat tej książki...nie wartej mojego czasu.

Etykiety:

sobota, 6 grudnia 2008

"Windziarz Pana Boga" - spotkanie klubu


Dzisiejsze, Mikołajkowe, spotkanie potwierdziło tezę by za bardzo nie przywiązywać się do opinii innych i samemu przekonać się ile książka jest warta... Zgodziliśmy się, że pomimo iż okładkowa recenzja nie odbiegała od treści wewnątrz to jednak nie wiele jej to pomogło... Ale do rzeczy.

Tytuł książki pochodzi od najlepszej historii w tym tomie opowiadań, które nie łączy nic poza metafizyką. Różnią się bohaterowie, historie, czas i miejsce akcji oraz forma opowiadań, ale to nie przydaje uroku książce. Spoiwem łączącym te opowiadania ma być metafizyka w połączeniu z wiarą z domieszka fizyki czasu, ale ta mieszanka jest tak trudna do objęcia dla przeciętnego człowieka, że nawet autorowi wymyka się. Jeśli jednak to właśnie Szmilichowski chcial przedstawić, to skutecznie mu się to udało! Jednak tylko to....

Rzadko zdarza mi się tak niewiele napisać, bo tym razem nawet krytykować nie mam ochoty... STRATA CZASU!

Etykiety: ,

wtorek, 28 października 2008

"Jak Starbucks uratował moje życie" Michael Gates Grill


Ta książka nie jest warta przeczytania i żałuję, że ją wypożyczyłam... ale taki to już mój los, że często ulegam pokusie gdy widzę chwytliwy tytuł, jak ten: „Jak Starbucks uratował mi życie” ("How Starbucks saved my life") Michaela Gatesa Grilla.

Historia w skrócie wygląda tak, że facet po 50-tce traci dobre stanowisko w renomowanej agencji reklamowej gdzie przepracował całe swoje życie. Jest podłamany i właściwie nie potrafi się pozbierać. Przechodzi jednocześnie kryzys wieku średniego, jak i kurs nauki dawania sobie rady poza swoim środowiskiem. Przez pewien czas jeszcze utrzymuje się na powierzchni jako wolny strzelec, czyli konsultant, ale to nie trwa długo. Z uprzywilejowanego życia (pochodzi z zamożnej rodziny) zaczyna wycinać coraz więcej, ale niestety „przytrafia” mu się romansik i kolejne dziecko, a ma już czworo dorosłych dzieci ze swoją żoną. Teraz nie tylko nie ma na życie, ale nie ma także rodziny - żona odchodzi zabierając resztę majątku, a dorosłe dzieci po prostu przestają się z nim kontaktować, choć z czasem udaje mu się ten kontakt odbudować. W trakcie dorastania bohater doznaje olśnienia i uznaje, że stracił w życiu wiele, bo przegapił dzieciństwo swoich już dorosłych dzieci poświęcając się karierze i zarabianiu pieniędzy. Jednak to odkrycie mu nie pomaga... bo pieniędzy wraz z perspektywami na zatrudnienie ciągle brak ... aż pewnego dnia pijąc kawe w Starbucksie otrzymuje ofertę pracy jako „Partner” w języku tejże firmy, a po polsku jako sprzedawca-kelner, za najniższą stawkę czyli jakieś 8 dollarów za godzinę plus ubezpieczenie zdrowotne (bardzo ważne w Stanach).

W ten sposób nasz bohater wchodzi w zupełnie nowy dla niego świat, tzw. inner-city people, czyli ludzi z centów miast, często biednych z pokolenia na pokolenie bez edukacji i środków na nią a co za tym idzie perspektyw na polepszenie bytu (w przeciwieństwie do Europy centrum miasta jest to kiepskie miejsce do życia ze względu na gestość zaludnienia, brak planów rozwojowych, brak zieleni, dużą przestepczość itp.) i dostrzega to czego nie widział przez 30 lat pracy jako manager w dużej agencji i osoba bogata z domu

I tutaj zaczyna sie kalka i kicz zupełny, bo nagle odkrywa, że afirmative action (czyt: ustawowe zrównywanie szans dla nie-białych) nie działa, a już szczególnie w wielkich korporacjach. Okrywa, że ludzie mają tendencję do negatywnej oceny ludzi odmiennych od swojej grupy społecznej, że nie mając zasobów finansowych trudniej jest wygrzebać się z dołka, że życie układa się bardzo różnie i bedąc na koniu, szczególnie wysokim, wcale nie oznacza, że się z niego kiedyś nie spadnie. Na dodatek całej tej lekcji życiowej udziela mu czarnoskóra dziewczyna w wieku jego dorosłej córki, która swoje przeszła i na ludzi wyszła...

Wielu szczegółów dodać nie mogę, ponieważ do końca tej książki nie przeczytałam... Nie moge jakoś się zmusić!

To co jedynie działa na plus dla tej książki, to że w końcu ktoś (czyt: biały mężczyzna, wykształcony i z dorobkiem zawodowym) powiedział grzecznie, choc dosadnie o ustawach w amerykańskim ustawodawstwie (jak w każdym innym zresztą) istniejących jedynie na papierze, o nierównym starcie, o różnych kulturach w ramach tego samego narodu, o mozliwościach i konieczności walczenia o siebie, o Ameryce taka jaka jest...

A teraz dośc ciekawie napisany fragment posłowia:
„When I was growing up in New York City, I was told; “Don’t make eye contact.” I purposely would not even glance at people from different races, classes, or backgrounds. I wore blinders and only wanted to see people just like me. When Crystal called to me and I leapt, I gradually open my eyes and looked and saw that the respect she showed me was a gift that would lead to a more fulfilling life. I learned to look and see everyone in my day as a welcome guest to be treated with respect. I stopped seeing people as representative of different races, classes, genders, or educational backgrounds. Instead, by truly seeing each person I met as a unique individual, I discovered a world of amazing variety and surprising wonder, almost as if I had been reborn”

"Dorastając w Nowym Jorku pouczano mnie "Nie nawiązuj kontaktu wzrokowego". Celowo nawet nie zerkałem na ludzi odmiennej rasy,klasy społecznej lub pochodzenia. Nosiłem klapki na oczach i chciałem tylko widzieć ludzi takich jak ja sam. Kiedy Crystal wyciągnęła do mnie rękę i odważyłem się ją przyjąć, stopniowo otwierałem oczy i rozglądając się zobaczyłem, że szacunek jaki mi okazywała był darem, który stał się źródłem pełniejszego życia. Nauczyłem się patrzeć i widzieć każdego wciągu dnia jako pożądanego gościa, któego należy traktować z szacunkiem. Przestałem widzieć ludzi jako przedstawicieli różnych ras, klas, płci czy z różnym poziomem wykształcenia. Zamiast tego dzięki prawdziwemu postrzeganiu każdej osoby jako unikalnej jednostki odkryłem świat niesamowitej różnorodności i zadziwiającego piękna, tak jak nowonarodzone dziecko."

Etykiety:

niedziela, 5 października 2008

"Histeryjki o May" Monika Mostowik


To książeczka nieduża i dość cienka, bo to właściwie opowiadanie o tej samej osobie z trzech perspektyw: narratora, przyjaciół oraz samej May. Czyta się szybko, ale nie dlatego, że są to tak wciągające opowiadanka. Forma przypomina wprawkę osoby z kursu kreatywnego pisania i jest sama w sobie ciekawe, ale nie powiedziałabym, żeby dodało wartości temu dziełu.

O czym jest historyjka? Jak tytuł wskazuje o May, która jest mocno poplątana. Jest bardzo zamknięta, mająca tylko niewielki kontakt z samą sobą. Nauczono ją, że ludzi należy zadowalać, ale to nie pomaga jej w utrzymaniu relacji z mężem, koleżankami, kolejnymi mężczyznami. Z czasem jednak przestaje zadowalać innych i jeszcze bardziej traci kontakt ze światem zewnętrznym, co jej właściwie nie martwi.

Chociaż książeczka nie jest najwyższychlotów to jednak skłania do zastanowienia nad tym jak wiele kobiet znajduje się w podobnej sytuacji. Jak trudno jest połączyć bycie sobą z oczekiwaniami świata zewnętrznego.... Jak trudno być sobą gdy nigdy się tego nie widziało w domu rodzinnym... Jak trudno jest wyjść ze schematu wyniesionego z rodzinnego domu.... Jak trudno jest uciec od stygmy historii rodzinnej...

Pomimo powyższych spostrzeżeń nie mogę jednak tej książki uznać za godną polecenia.
Źródło: Okładka dzięki uprzejmości Wydawnictwa Prószyński i S-ka

Etykiety:

wtorek, 23 września 2008

"Ostatnia bitwa templariusza" Arturo Perez-Reverte


Tą książkę wzięłam do ręki właściwie bez zastanowienia, ponieważ znacznie wcześniej przeczytana „Szachownica flamandzka” po prostu zachwyciła mnie i szczerze ją polecam.

Niestety „Ostatnia bitwa Templariusza” nie jest tym czego oczekiwałam, choć ma te same elementy: zagadka związana z obiektem historycznym (tym razem to nie obraz, a kościół), morderstwa, tajemnicze machinacje oraz bohater, który to wszystko ma jakoś poukładać w logiczną całość, ale pomimo tych samych składników ciasto nie wyszło w tym pieczeniu.

Jednak by być sprawiedliwym opowiem po krótce o tej książce zaczynając od tytułu, który dokładnie odzwierciedla pewną bitwę Templariusza, czyli to wewnętrzne zmaganie, które wierny sługa kościoła przegrywa z machiną polityczną, ale dzięki temu wygrywa wierność samemu sobie.

Templariusz XXI wieku to Lorenzo Quart, pracownik Instytutu Spraw Zagranicznych (dawniej zwanego Świętą Inkwizycją), który wykonuje zadania specjalne dla „linii politycznej i utrzymania dobrego imienia” swojego pracodawcy, czyli Watykanu. Tym razem dostał zdanie godne naszych czasów – wytropienie hackera, który przedostał się do skrzynki emailowej samego Ojca Świętego i tam pozostawia niewygodne wiadomości o niepewnych losach kościoła w Sewilli, gdzie zginęły lub zostały zamordowane dwie osoby. Wysłannik podąża do Hiszpanii, gdzie jako przystojny, świetnie ubrany i inteligentny agent z Watykanu podbija serca kobiet, ale i sam wpada w pułapkę uczuć. Nie dotyczy to tylko pokus cielesnych na jakie zostaje wystawiony żyjący w celibacie ksiądz, ale także pokusę pójścia na skróty i podążenia za tym czego żadają zwierzchnicy, choć sumienie wskazuje inaczej.

W trakcie rozwiązywania zagadki „kościoła, który zabija”, Lorenzo poznaje ludzi, którzy podążają przez życie w zgodzie ze swoim sumieniem, a więc jest restauratorka i wykładowczyni historii sztuki – Gris Marsala, która niedgyś była zakonnicą; jest stary ksiądz – ojciec Priamo, który za młodu walczył o najbiedniejszych wiernych, a obecnie uparcie odprawia msze czwartkowe (warunek fundatora by kościół mógł trwać); jest młody wikariusz, który nasłany przez arcybiskupa jako wtyka przechodzi na stronę wroga (czyt: broniących kościoła). Wśród tych ludzi jest także piękna kobieta – księżna Macarena Bruner, której mąż chce kupić ziemię na której stoi kościół, a która za wszelką cenę chce temu przeszkodzić i po części w tym celu uwodzi Lorenzo, ale także sama wpada w zastawione przez siebie sidła uczuć.

Poza obrońcami są i przeciwnicy zachowania kościoła, a więc mąż księżnej i bankier – Pencho oraz jego pomagier zlecający „mokrą robotę” trójce nieudaczników – pseudo prawnikowi Don Ibrahimowi, śpiewaczce z podrzędnych lokali – Dzidzi oraz lekko opóźnionemu mięśniakowi – Źrebakowi Fernando.

Tak jak napisałam już wcześniej nie jest to książka skonstruowana zbyt finezyjnie. Jest wiele postaci z ich interesami ziemskimi oraz zadawnionymi grzechami i grzeszkami, a także kilka postaci o szlachetnych charakterach, ale pomimo wysiłku autora ta wielość nie dodaje kolorytu ani głębi charakteru większości z nich. Nie ma także zaskakujących zwrotów akcji a konstrukcja fabuły jest prawie całkowicie linearna. Jedynym mocniejszym akcentem jest znalezienie hackera, którym okazuje się ..... Nie, nie zdradzę zakończenie, bo ktoś jednak może zechcieć przeczytać tą pozycję.

Etykiety:

środa, 3 września 2008

"Zobacz Marianna co narobiłaś" Aleksandra Ścigała


Wzięłam do ręki tę książkę, ponieważ zaintrygowała mnie notka na tylniej okładce, zrówno ta jej część o książce jak i o autorce. Niestety to wielka moja pomyłka!

Jest to książka niezrozumiała dla mnie. Jej narrator najstarszy z trzech braci – Szymon opowiada o sobie i swoich dwóch braciach – Grzegorzu i Młodszym oraz o ich związku z Marianną, w której każdy z nich jakoś tam się kocha i chce być z nią. Wszyscy mieszkają pod jednym dachem i ciągle rywalizują o jej względy. Zdaniem Szymona, Marianna wymaga opieki, bo jest w depresji z powodu braku pracy i akceptacji otoczenia - wsi. Na domiar wszystkiego jeszcze jest jakiś pożar, o który nie wiadomo kogo oskarżyć, choć na pewno nie Mariannę. Cała historia jest jak jakieś delirium z powycinanymi kawałkami w środku. Zupełnie nie trzymająca się kupy całość, która ma przedstawiać sytuację na polskiej wsi gdzie brak jest akceptacji dla innego lub wychodzącego przed szereg. Bohaterowie mogą odejść by szukać dla siebie innego miejsca, ale jakoś pozostają i gdy nawet jednemu z braci udaje się to, to jednak wraca by trwać w tym absurdalnym układzie rodzinnym. Dlaczego? Po co? Nawet czytać tą książkę było mi trudno i w końcu po kilkakrotnym wysiłku przebrnięcia przez nią... zarzuciłam moje próby, a niezmiernie rzadko zdarza mi się niedokończyć książki! Jeśli ktoś tą książkę przeczytał i potrafi mi ją jakoś wytłumaczyć, to bardzo proszę...

Podsumowując: strata czasu i pieniędzy!

O autorce: Aleksandra Śmigała urodziła się w Semkowicach, ale od kilku lat szuka swojego miejsca na świecie; obecnie mieszka w Zurychu. Skończyła filologię polską i dziennikarstwo. Jest to jej druga książka po debiucie w 2004 powieścią „Martwosz. Historia romantyczna.”
Zdjęcie okładki dzięki uprzejmości wydawnictwa "Prószyński i S-ka"

Etykiety:

czwartek, 24 lipca 2008

"Dojczland" Andrzej Stasiuk



To kolejne dzieło Andrzeja Stasiuka z tytułem wskazującym na temat. Spolszczona pisownia niemieckiego słowa to nie tylko zabieg artystyczny, ale także odzwierciedlenie braku znajomości języka niemieckiego u tego autora. Zabawne jest, że właśnie tam, w Niemczech, jego książki są popularne i właśnie tam tak często je promuje!

Cała książka to skrótowy opis jego podróży „komiwojażera własnych książek” jeżdżącego z miasta do miasta na spotkania autorskie gdzie nikogo nie zna, nikogo nie może zrozumieć bez tłumacza, a też nie jest właściwie niczym zainteresowany. Dzięki temu jednak dużo czasu spędza na dworcach w oczekiwaniu na pociąg do kolejnego miasta i w tym oczekiwaniu nieodłącznie towarzyszy mu butelka „Jima Beama”. Wizerunek pisarza książek w wersji Stasiuka jest raczej smutny, bo to nie tylko codzienna promocyjna podróż do kolejnego miasta gdzie po spotkaniu z zainteresowanymi czytelnikami wraca do hotelu by zaszyć się, pić i następnego dnia obudzić się na kacu by zbierać do drogi do następnego miasta.

W ramach tej raczej smutnej egzystencji znalazł jednak czas na sformułowanie kilku reflekcji, a raczej przemyśleniu kilku swoich kompleksów, które nazywa „kompleksami narodowymi”. Daje do zrozumienia, że jego stosunek do Niemiec jest związany z polską historią i kulturą uznającą ich za naród bardziej zaawansowany cywilizacyjnie. Wyraźnie widać, że bliżej Stasiukowi do wschodniej niż zachodniej Europy, gdzie może odgrywać bogatszego krewnego...

Piszę te kilka zdań o książce, która właściwie nie wnosi nic i której powstania można byłoby uniknąć, bo drukowanie jej to jednak strata drzew, a czytanie to strata czasu....

P.S.
Zabawny jest komentarz na tylnej okładce:
„Jest to opowieść o niełatwym losie literackiego gastarbajtera... Pełna jest celnych obserwacji, błyskotliwych refleksji oraz niewyszukanego humoru.” Autor
* Wizerunek okladki uzyczony przez Wydawnictwo Czarne

Etykiety: