
Tą książkę wzięłam do ręki właściwie bez zastanowienia, ponieważ znacznie wcześniej przeczytana „Szachownica flamandzka” po prostu zachwyciła mnie i szczerze ją polecam.
Niestety „Ostatnia bitwa Templariusza” nie jest tym czego oczekiwałam, choć ma te same elementy: zagadka związana z obiektem historycznym (tym razem to nie obraz, a kościół), morderstwa, tajemnicze machinacje oraz bohater, który to wszystko ma jakoś poukładać w logiczną całość, ale pomimo tych samych składników ciasto nie wyszło w tym pieczeniu.
Jednak by być sprawiedliwym opowiem po krótce o tej książce zaczynając od tytułu, który dokładnie odzwierciedla pewną bitwę Templariusza, czyli to wewnętrzne zmaganie, które wierny sługa kościoła przegrywa z machiną polityczną, ale dzięki temu wygrywa wierność samemu sobie.
Templariusz XXI wieku to Lorenzo Quart, pracownik Instytutu Spraw Zagranicznych (dawniej zwanego Świętą Inkwizycją), który wykonuje zadania specjalne dla „linii politycznej i utrzymania dobrego imienia” swojego pracodawcy, czyli Watykanu. Tym razem dostał zdanie godne naszych czasów – wytropienie hackera, który przedostał się do skrzynki emailowej samego Ojca Świętego i tam pozostawia niewygodne wiadomości o niepewnych losach kościoła w Sewilli, gdzie zginęły lub zostały zamordowane dwie osoby. Wysłannik podąża do Hiszpanii, gdzie jako przystojny, świetnie ubrany i inteligentny agent z Watykanu podbija serca kobiet, ale i sam wpada w pułapkę uczuć. Nie dotyczy to tylko pokus cielesnych na jakie zostaje wystawiony żyjący w celibacie ksiądz, ale także pokusę pójścia na skróty i podążenia za tym czego żadają zwierzchnicy, choć sumienie wskazuje inaczej.
W trakcie rozwiązywania zagadki „kościoła, który zabija”, Lorenzo poznaje ludzi, którzy podążają przez życie w zgodzie ze swoim sumieniem, a więc jest restauratorka i wykładowczyni historii sztuki – Gris Marsala, która niedgyś była zakonnicą; jest stary ksiądz – ojciec Priamo, który za młodu walczył o najbiedniejszych wiernych, a obecnie uparcie odprawia msze czwartkowe (warunek fundatora by kościół mógł trwać); jest młody wikariusz, który nasłany przez arcybiskupa jako wtyka przechodzi na stronę wroga (czyt: broniących kościoła). Wśród tych ludzi jest także piękna kobieta – księżna Macarena Bruner, której mąż chce kupić ziemię na której stoi kościół, a która za wszelką cenę chce temu przeszkodzić i po części w tym celu uwodzi Lorenzo, ale także sama wpada w zastawione przez siebie sidła uczuć.
Poza obrońcami są i przeciwnicy zachowania kościoła, a więc mąż księżnej i bankier – Pencho oraz jego pomagier zlecający „mokrą robotę” trójce nieudaczników – pseudo prawnikowi Don Ibrahimowi, śpiewaczce z podrzędnych lokali – Dzidzi oraz lekko opóźnionemu mięśniakowi – Źrebakowi Fernando.
Tak jak napisałam już wcześniej nie jest to książka skonstruowana zbyt finezyjnie. Jest wiele postaci z ich interesami ziemskimi oraz zadawnionymi grzechami i grzeszkami, a także kilka postaci o szlachetnych charakterach, ale pomimo wysiłku autora ta wielość nie dodaje kolorytu ani głębi charakteru większości z nich. Nie ma także zaskakujących zwrotów akcji a konstrukcja fabuły jest prawie całkowicie linearna. Jedynym mocniejszym akcentem jest znalezienie hackera, którym okazuje się ..... Nie, nie zdradzę zakończenie, bo ktoś jednak może zechcieć przeczytać tą pozycję.
Etykiety: Strata czasu